0

Dyskryminują czy aktywizują? Rozmowa o komiksowych antologiach tematycznych

Sylwia Kaźmierczak: Antologie tematyczne. Zagadnienie wymęczone w branży komiksowej. Ich powstanie zawsze wiąże się z wymogami do spełnienia czy to formalnymi, czy osobowymi. Tym bardziej kontrowersyjne im bardziej śliskiego tematu dotyczą. Porozmawiajmy zatem o tym czy jest sens tworzenia antologii tematycznych, czy konieczna jest przynależność do grupy o której się pisze by komiks był wiarygodny i czy selektywne znaczy gorsze, gdy mowa o doborze twórców.

Pierwotnie zaproponowany przez Pawła temat miał dotyczyć wyłącznie wspomnianej przed chwilą przynależności do danej grupy. Moim zdaniem o tym problemie nie da się rozmawiać wyłącznie w kategoriach kto może publikować na dany temat, a kto nie. Trzeba spojrzeć szerzej: z jakim typem publikacji mamy do czynienia, jaki temat podejmuje i co się za tym może kryć. To również zagadnienie zahaczające o wstyd, kompleksy, fandomowe żarty i obnażający narcystyczne zapędy.

Zacznijmy od wątku, od którego zrodził się pomysł na tę dyskusję, a który zasygnalizował Paweł. Czy mężczyzna, osoba hetero lub biała jest w stanie wiarygodnie opowiedzieć o problemach kobiet i mniejszości? Czy jest sens wykluczać takie jednostki przy naborze prac? Użyłeś Pawle określenia “nieświadoma stronniczość” jaka miałaby być cechą osób wypowiadających się na tematy ich nie dotyczące. Jak ty byś je rozumiał?

Paweł Kicman: Nieświadoma stronniczość (unconscious bias) to według definicji zbiór stereotypów odnośnie danej grupy społecznej, który jest – jak nazwa wskazuje – poza kontrolą naszej świadomości. Jeśli mam pisać o czarnoskórych dzieciach z Nowego Jorku, to automatycznie mam już w głowie jakichś ich wizerunek, który znam z mediów. I nawet jeśli zrobię doskonały research, to te nieświadome przekonania mogą zasiać ziarno i zostać, bo przecież z jakiegoś powodu podjąłem się tego tematu i na pewno przed zbieraniem faktów miałem już jakiś pomysł. Myślę, że to może działać również wewnątrz danej grupy, bo przecież nie każda kobieta ma kolektywne doświadczenia wszystkich kobiet na świecie i też może mieć pewne przekonania względem własnej grupy, które są stereotypowe i nieświadome. I to trochę działa jako argument – bo nikt nie jest wszechwiedzący, każdy tworzy na podstawie swojego, ograniczonego przecież, doświadczenia.

SK: Trochę jest to dyskusja o tym, o czym chcemy czytać w komiksach. Czy mężczyzna przedstawi wiarygodnie postaci kobiece? Pewnie. Opowie wiarygodnie o lesbijkach. Tak. Najlepszy przykład to Greg Rucka i wykreowane przez niego bohaterki. Rucka jest tutaj ewenementem, bo jego lesbijski wątek w „Gotham Central” jest jak na razie najlepszym, jaki znalazłam w komiksach. Ale jest też przykład zupełnie odwrotny – Glyn Dillon i jego „The Nao of Brown” z tak fatalnie napisaną bohaterką, że mogła zrodzić się tylko w umyśle kogoś kto nie jest kobietą. Greg Rucka czy Daniel Clowes z jego „Ghost World” wiosny nie czynią. Mężczyzna może opowiedzieć historię swojej matki czy babki, historię ojca przeżywającego aborcję córki czy chłopaka rozpaczającego po gwałcie na jego dziewczynie. Ale czy równie wiarygodny będzie w oddaniu doświadczeń tej córki lub dziewczyny? Przecież nimi nie jest i tego nie przeżył. A gdyby tak  w miejsce zgwałconej dziewczyny wstawić syna robiącego coming-out. Czy wówczas ten sam autor pisząc o chłopaku stworzyłby wiarygodny obraz? Dzieli z bohaterem płeć, ale już niekoniecznie doświadczenia. Jak Ty się na to zapatrujesz?

Moim zdaniem wszystko rozbija się o umiejętności scenopisarskie. I pewnie każdy czytelnik musiałby indywidualnie ocenić czy jest w stanie uwierzyć w taką historię.

Power & Magic. Okładka

PK: Dokładnie, wszystko zależy od tego jak sprawnie ktoś pisze postacie – niezależnie od ich płci, rasy czy cech charakteru. Natomiast wydaje mi się, że problem pojawia się kiedy na warsztat bierze się historie bardzo osobiste, skupiające się na postaciach i ich specyficznych przeżyciach. Bo jeśli ten standardowy biały-hetero-facet chce napisać scenariusz o trudnościach w dojrzewaniu czarnoskórej dziewczynki, to może być mu trudno i łatwo tutaj o błędy. Generalnie im mniej ma się wspólnych doświadczeń tym trudniej. Ale jednocześnie, jeśli tenże scenarzysta jest ojcem takiej dziewczynki, perspektywa (jego oraz potencjalnego odbiorcy) może się zmienić, prawda? Bo nagle tych punktów styku robi się więcej.

Pytanie tylko, czy te punkty styku załatwia tylko wspólne doświadczenie, czy jednak dobry research jest wystarczający? Ciężko powiedzieć i pewnie zależy to od tematu.

SK: Ale działa to i w drugą stronę. Czy sama podjęłabym się wykreowania męskiej postaci jako głównego bohatera? Na pewno nie. Nie czuję się na tyle kompetentna by to uczynić. Nie dzielę z mężczyznami doświadczeń i ciężko byłoby mi oddać charakter i zachowania takiej postaci, by wzbudziła w czytelnikach zainteresowanie. W grach, jeśli tylko jest możliwość, wybieram postać żeńską. W swoich scenariuszach zawsze obsadzam w głównej roli kobietę. W jednym shorcie byłam to ja sama. W dłuższej formie jest to bohaterka, która ma ze mną wiele cech wspólnych. Łatwiej mi się w takiej sytuacji pisze i jestem w stanie przewidzieć pewne jej zachowania w określonych warunkach, których dotyczy fabuła.

Gdybym zdecydowała się na zrobienie kolejnego zbioru to na pewno zahaczałby on o jakiś niewygodny temat i nie ograniczał udziału. Każdy może coś wnieść od siebie, dać ciekawe spojrzenie na dany temat. Ale są pewne, zazwyczaj mocno osobiste lub historyczne kwestie, co do których już nie jestem tak przekonana, że przeciwna płeć jest w stanie dobrze zjawisko opisać. Próbować można, ale nie wiadomo z jakim skutkiem. Natomiast podkreślam już na wstępie, że jestem przeciwna całkowitemu wykluczaniu. Gdy czytam dziesiątą z kolei antologię o przemocy i znów są w niej same historie napisane przez kobiety to mam szczerze dość. Inkluzywność jest dobra i powinna pojawiać się przynajmniej w co którejś tego typu publikacji.

Zauważ pewną prawidłowość – ile znasz komiksów o przemocy domowej, seksualnej, nastoletnich miłościach, wakacjach na wsi czy mobbingu napisanych przez mężczyzn z kobietami w rolach głównych i odwrotnie? My tu gadu gadu, a wychodzi na to, że sami twórcy z pewnych tematów rezygnują.

PK: I może dobrze, że rezygnują? Bo tak jak pisałem wyżej, im mniej wspólnych doświadczeń tym łatwiej o porażkę. Jeśli Ci mężczyźni nigdy nie mieli nic wspólnego z takimi tematami, to pewnie nawet dobry research nie załatwi tego tak jak perspektywa kobiety, która doświadczyła mobbingu, nastoletniej miłości etc. Ale z drugiej strony, na pewno są faceci, którzy o takie wydarzenia się przynajmniej otarli – jako mężowie, synowie, ojcowie, bracia etc. Ale czy to wystarczy, żeby kompetentnie o tym pisali? Myślę, że w niektórych przypadkach tak. No i dałoby to ciekawą, świeżą perspektywę. Nawet, jeśli obciążoną “tylko” byciem widzem. Ja osobiście podjąłbym się takiego tematu jako twórca, ale raczej z perspektywy drugoosobowej.

SK: W przypadku naboru do antologii queerowych ograniczanie grona twórców do osób nieheteronormatywnych jest moim zdaniem głupie. No bo jak niby projektodawcy sprawdzą czy autor komiksu jest osobą queerową? Zajrzą mu pod kołdrę? No chyba nie. Będą wymagali zdjęcia? Słaby pomysł. Wystarczy im sama deklaracja? W takich okolicznościach to nawet ja mogę udawać geja. Takie praktyki podszywania się byle tylko zostać opublikowanym miały swoje początki już za czasów „Wimmen’s Comix” – jedna z artystek okazała się być mężczyzną. W obecnych czasach, szczególnie na rynku amerykańskim jest tak duża reprezentacja antologii i komiksów z wątkiem queerowym, że nakładanie takiego wymogu jest już w ogóle bezcelowe. Wszyscy mogą pisać o wszystkim. A już kryteriami towarzyszącymi naborowi do antologii „Power and Magic”, że mają być to komiksy o kolorowych-wiedźmach-lesbijkach stworzone przez UWAGA! kolorowe-lesbijki, jestem zażenowana. Tego typu pomysły redaktorów to nic innego jak chęć wyróżnienia się i bycia tak bardzo pro, że aż staje się farsą. Tutaj już ewidentnie pomysł wyrosły z dyskryminacji zatoczył koło.

PK: Też mam wrażenie, że takie ograniczenia mogą popadać w skrajność – bo właśnie, jak to niby egzekwować? Ale trochę tutaj wyczuwam casus parytetów, których wprowadzenie (np. w polityce) było konieczne, żeby dokonała się zmiana myślenia i naturalne zwiększenie włączenia kobiet. No i też trzeba przyznać, że powód takich ograniczeń też jest dość jasny. Skoro większość rynku amerykańskiego (polskiego i frankofońskiego też) jest w rękach białych scenarzystów płci męskiej, to czemu nie dać przestrzeni dla osób, które nie należą do tej grupy? Ktoś może powiedzieć, że “jakby queerowe/czarnoskóre (etc.) scenarzystki pisały lepiej, to by były w Marvelu i DC” co jest niestety bzdurą bo ze świadectwa wielu twórców i twórczyń z USA wynika, że chociaż dziś jest całkiem nieźle, to wciąż niektórym grupom społecznym jest trudniej się przebić.

SK: Mówiąc o antologiach tematycznych od razu nasuwają się skojarzenia właśnie z zachodnimi naborami do albumów kobiecych i queerowych. Pewnie, są antologie o muzyce, sporcie, grozy czy hołdujące jakiemuś autorowi. Ale bądźmy szczerzy, te mogą co najwyżej podlegać dyskusji pod względem walorów estetycznych. Co innego, gdy mamy do czynienia z komiksami dotyczącymi uwarunkowanych płcią doświadczeniach, tożsamości seksualnej czy narodowościowej. Gdy to zagadnienie pojawiło się w naszej rozmowie z Pawłem od razu pomyślałam o rynku amerykańskim. Ale przecież polskie komiksowe poletko też pokazało, że inicjatywy artystyczne ograniczone do konkretnej płci spotykały się ze zdecydowaną reakcją środowiska. Niezależnie jednak o jakim rynku mówimy, istotny jest również motyw przewodni takich publikacji.

Jest jeszcze jedna kwestia o której często zapomina się w tej dyskusji: kontekst społeczno – kulturowy towarzyszący różnym publikacjom. To co dla nas, mieszkańców Europy może wydawać się bezzasadnym wykluczaniem i dyskryminacją, w takiej Azji czy Afryce może nieść ze sobą pozytywne wartości. W miarę analizowania tematu okazuje się, że pojawiają się coraz to nowsze wątpliwości i kwestie warte pochylenia i sprawiające, że cała dyskusja traci czarno-biały wymiar.

Na początek może zastanówmy się czy reakcje fandomu, często noszące znamiona oblężonej twierdzy są zasadne. Spoglądając na rynek amerykański to już w latach 70. gdy kształtował się komiks kobiecy, głośny sprzeciw budziły magazyny takie jak „Tits and Clits” czy „Wimmen’s Comix”. Te magazyny niosły w sobie całą kontrkulturę wymierzoną w szowinistyczne komiksy publikowane w męskich magazynach, ale zarazem ich redaktorki nie wykluczały udziału mężczyzn. Na przestrzeni lat opublikowane w nich zostały prace panów. Niewiele, ale zawsze. To szczególnie wtedy widoczny był w Ameryce ten sprzeciw skierowany w stronę publikacji rozgraniczonych płciowo.

PK:To jest ciekawe podejście. Na zasadzie – ok, robimy antologię np. “kobiecą”, w takim rozumieniu, że poruszamy tematy, które w jakiś sposób dotykają w większości albo wyłączenie kobiety, zrekrutujemy twórczynie, ale dajmy paru mężczyznom głos. Może w ten sposób komunikat wybrzmi jeszcze silniej, bo proszę, mężczyźni wspierają “kobiecą” sprawę, to znaczy, że to jest ważne. Co prawda jestem zdania, że w pewnych punktów widzenia mężczyzna nie powinien się wypowiadać na niektóre tematy dotyczące kobiet i vice versa, ale zawsze można powiedzieć coś właśnie z innej perspektywy. I z punktu widzenia historii, to może wnieść coś ciekawego. Czy jest to potrzebne? Być może nie. Ale czasem fajnie mieć różne opcje.

Zin antyprzemocowy. Okładka

SK: Skupmy się na polskim rynku i kilku przykładach. „Bostońskie małżeństwa” – wystarczyło by było to wydanie sygnowane logiem strony o komiksie kobiecym i temat dotyczył safistek, by kilku twórców okopało się i intencjonalnie powielało nieprawdziwe informacje, że to nabór tylko dla kobiet i do tego lesbijek, bo tak było wygodniej dla ich żartów i tezy o wykluczaniu artystów. Ani treść ogłoszenia ani regulamin naboru nie wykluczał nikogo. „Babski zin” wydawany w ramach poznańskiego Dnia Darmowego Komiksu – do żadnego z wydanych numerów nie zgłoszono ani jednej pracy autorstwa mężczyzny. Czyli, że jednak facet nie narysuje wszystkiego? A może się wstydzi publikować w okołokobiecych materiałach? W obu przypadkach, podobnie zresztą jak lata temu w „Tits and Clits”, nikt nie zabraniał mężczyznom udziału, ale i specjalnie nie zachęcał. To najwyraźniej wystarczyło, by temat podchwycili krytykanci i w świat poszło info o wykluczaniu mężczyzn. Serio nie sądziłam, że pewna płeć czuje się na tyle uprzywilejowana, że aż potrzebuje specjalnych zaproszeń. Drugi z moich projektów – „Zin antyprzemocowy – to efekt zaproszenia do współpracy kilku twórczyń i twórców. Z tych drugich żaden nie był zainteresowany udziałem i ostatecznie o przemocy mówią tylko kobiety. Patrząc z boku, nie znając kulis łatwo założyć, że znów te złe redaktorki tworzą podziały.

PK: Z tym babskim zinem to chciałem nawet wysłać jakiś komiks, ale stwierdziłem, że nie mam dobrej historii. Chociaż przyznam, że rzeczywiście czułem (kiedy jeszcze siłowałem się ze scenariuszem i bardzo chciałem coś zrobić), że robię coś na przekór i może to nie do końca moje miejsce?

SK: Osobną kategorię polskich publikacji stanowią tytuły takie jak „Złote Pszczoły” czy „Istota”, gdzie redaktorki świadomie postawiły na wyłącznie żeńską ekipę. Trudno moim zdaniem mieć o to do nich żal. Taką miały wizję. „Złote Pszczoły” znalazły się na celowniku głównie męskiej części środowiska, zarzucającej projektowi bycie feministycznym manifestem, w którym Powalisz zebrała ideologicznie poprawne komiksy swoich koleżanek. Wydanej kilka lat później „Istocie” towarzyszyło niewiele dyskusji, a głosy krytyczne spływały głównie od kobiet – m.in. mnie –  zawiedzionych niespełnionymi obietnicami autorek projektu. Samo środowisko reagowało już bardziej w stylu „jak to dziewczyny narzekają na dziewczyńską antologię o seksie?”. Dlaczego tak się stało? Czy to kwestia tego, że komiksowo dojrzało do tematyczno-genderowych antologii? Czy seksu jako głównego tematu? Przecież jako społeczeństwo nie umiemy o tym seksie rozmawiać. A może bez znaczenia nie pozostało to, że za projekt odpowiadały znane nazwiska i wydawca – Kultura Gniewu – którym się więcej wybacza i na więcej pozwala niż inicjatywom oddolnym?

PK: Wydaje mi się, że to, że nie była szeroko komentowana wynika z tego, że treściowo to było mocno… no, nijakie. Ciężko było tak naprawdę wejść w polemikę z niektórymi z tych komiksów. Inna sprawa, że brak dyskusji boli niezależnie od jakości – ta antologia miała szansę być bardzo ważną pozycją. Ona miała prowokować rozmowy, a to, że przeszła bez większego echa uważam za rzecz bardzo smutną. O takich tematach trzeba mówić, nawet, jeśli powodem do dyskusji jest średnio udany zbiór.

SK: W kwestii ograniczenia udziału w antologiach to nie zawsze jest kwestia kobiecego czy homo seksizmu. Czasem jest to podyktowane konkretnymi założeniami np. za przedsięwzięcie odpowiada wyłącznie żeński kolektyw (jak Team Girl Comic, Strumpet), projekt skierowany jest wyłącznie do kobiet by dać im głos i przestrzeń do jego wyrażenia. Posłużę się tutaj dwoma przykładami. „Warkocze M” – publikacja będąca efektem warsztatów przeprowadzonych przez polskie stowarzyszenie feministyczne UFA, których tematem było herstory. Warsztaty skierowane były do seniorek. Drugi z przykładów to antologia „Drawing the Line”, efekt niemiecko – indyjskich warsztatów, których uczestniczki opowiedziały o seksualnej przemocy. Trzeba brać pod uwagę to o czym wspomniałam wcześniej, czyli kontekst społeczno-kulturowy. Aktywizacja osób starszych i historie kobiet, których prawa są nagminnie łamane i ograniczane, a seksualna przemoc w Indiach wzbudza zainteresowanie światowych mediów. Czy to źle, że w tych projektach nie wzięli udziału mężczyźni? Czy czytając „Drawing the Line” stworzone w mieszanej ekipie przeczytalibyśmy o rozpaczających ojcach czy może raczej o rytualnym ukamienowaniu?

Nie wiem czy kojarzysz, ale w Polsce też mieliśmy podobne multikulturowe warsztaty. Był to projekt Kobiety dla demokratycznej rewolucji, gdzie grupa artystek z Polski i Egiptu wspólnie opowiadała historie swoje i swoich bliskich w kontekście wydarzeń historycznych. W okolicach 2010 te same organizatorki organizowały warsztaty Dziewczyny też rysują komiksy. Miały one na celu aktywizację dziewcząt, by nie rysowały tylko do szuflady, a przy okazji poznały tajniki przygotowania zina, sitodruku, obróbki graficznej itp. Wyobraź sobie taką sytuację. Jest sobie dziewczyna czytająca komiksy i coś tam rysująca, ale w domu czy pracy słyszy, że to nie jest hobby dla niej. Potrzebuje zatem bodźca. I takim bodźcem mogą być warsztaty albo zin. Dla jednych tworzenie antologii tematycznych czy genderowych lub tematyczne warsztaty to może być szufladkowanie. Ale też nie odmawiajmy potrzeby przynależności innym.

PK: Warsztaty czy ziny to jest dobry początek. Uważam, że zdecydowanie taki sposób aktywizowania mniejszości (w rozumieniu mniejszości w świecie komiksu, czy to są kobiety czy osoby o seksualności innej niż hetero) ma sens i powinno się takie inicjatywy mocno wspierać. Bo to tam twórczynie czy twórcy mogą odnaleźć swój głos, a od tego już tylko jeden krok dzieli do wejścia na “mainstreamowy” rynek. Bo jeśli robią dobre komiksy i mają coś do powiedzenia, to na pewno znajdą dobrego wydawcę.

SK: Można zrobić dowolny, otwarty nabór prac. Demokratycznie równe szanse dla każdego. Wydaje mi się, że w omawianych publikacjach jednak ten czynnik feministyczny bierze górę. Kobiety na tyle długo były przez mężczyzn kneblowane, cenzurowane, a ich historia przekłamywana, że większym zaufaniem obdarza się twórczynie i im powierza to zadanie. Gender bias ma się dobrze i czasem staje się głównym bohaterem. Można to podciągnąć pod pewien typ ideologii, ale czy nie wynika ona z tego o czym mówiłam przed chwilą – odbierania pewnym grupom głosu. Panowie czy heteroseksualna większość może czuć się wykluczana, ale wszystko ma swoje źródło. I sprawa najbardziej podstawowa – redaktor i wydawca mogą wszystko. Ich decyzje mogą nam się nie podobać, możemy z nimi dyskutować, a publikacji nie kupić. Ale ostatecznie mamy niewielki wpływ i co najwyżej możemy spróbować wydać się gdzieś indziej.

Okładki Babskiego zina

PK: W sumie wyobrażam sobie otwarty nabór do antologii o temacie, który na pewno będzie trudny dla większości mężczyzn (choćby trudy i uroki kobiecego dojrzewania, seksizm w pracy etc.). Dokona się po prostu naturalna selekcja, bo pewnie większość facetów nie będzie w stanie wykrzesać z siebie odpowiednio szczerej, dobrej historii, ale niech próbują. Co komu szkodzi? Najwyżej osoby w redakcji się mile zaskoczą, że jakiś mężczyzna ma ciekawy punkt widzenia, a finalnie większość zaakceptowanych prac i tak będzie kobiecych bo kobiety po prostu wysłały lepsze pitche/scenariusze/komiksy.

Ciekawiej robi się, kiedy temat np. jest typowo “męski”, ale takim się stał po prostu kulturowo i nie wynika z doświadczeń typowo męskich. W kinie widać to choćby w filmach akcji, w komiksie pewnie jest podobnie. Nie ma żadnego logicznego powodu, dla którego kobieta miałaby zrobić gorszy film czy komiks akcji niż mężczyzna. Ale przy otwartym naborze, nawet jeśli wpłynie 50/50 prac od obu płci, to pewnie większość zaakceptowanych prac będzie pochodziła od scenarzystów czy ogólniej twórców. Wiem, że gdybam, ale chyba to moje gdybanie jest uprawnione, prawda? No więc jaki jest powód takiego stanu rzeczy, skoro kobiety nie robią gorszych rzeczy od mężczyzn? Może właśnie w takich sytuacjach warto spróbować zamykać nabór tylko dla twórczyń, żeby dać im szansę pokazać, że nie są w niczym gorsze. Znowu, trochę casus tych parytetów – może trzeba na siłę przepchnąć mniejszości tu i tam, żeby ludzie mieli okazję zobaczyć ich twórczość i z tego miejsca już zaczną sobie radzić sami/same? Może po prostu trzeba dać im szansę, którą często się odbiera poprzez negatywny bias czy stereotypy.

SK: Na negatywne oceny może mieć wpływ również fakt, że nie zawsze te mniejszościowe antologie prezentują profesjonalny poziom, zarówno pod względem wydania, jak i fabularnym oraz graficznym. Dobór szortów może być w jakimś stopniu przypadkowy. Określanie się antologią queerową czy kobiecą daje wygodną i bezpieczną kategorię, pod którą można podciągnąć zwyczajnie słabe komiksy, amatorszczyznę za którą nie każdy jest skłonny płacić. I wydaje mi się, że głównym problemem jest tutaj niechęć lub nieumiejętność do przyznania się, że rzeczywiście to, co zostało wydane może być kiepskie. Ja nie miałam z tym problemu przy okazji premiery Bostońskich. Osoby odpowiedzialne za tego typu publikacje same dają powód by z góry zakładać, że będą to słabe komiksy, że ich pomysłodawcy faworyzują konkretne osoby. Oczywiście słabe komiksy powstają wszędzie i publikowane bywają w różnych miejscach. Ale to kontrowersyjne, zwykle feministyczne albumy podlegają dokładniejszej ocenie.

Jest jeszcze taki przypadek jak „Love is Love”, wydana przez DC antologia będącej hołdem dla ofiar strzelaniny w gejowskim klubie w Orlando. Pieniądze ze sprzedaży trafiły do fundacji wspierającej osoby dotknięte atakiem. Pomysł sam w sobie może nie jest zły, ale jego wykonanie i sam wydawca to już oddzielna para kaloszy. DC trzy lata wcześniej wstrzymało ślub Batwoman, zawieszało i odwieszało serię z Kate Kane. Sporo było o tym mowy w amerykańskich, komiksowych mediach. Po czym po kilku latach za sprawą pracującego dla DC Andreyko wydaje antologię. Dla mnie to nic innego jak poprawianie wizerunku. Podpięcie się pod zamach tylko nagłośniło sprawę i podniosło prestiż publikacji. A same zamieszczone w niej 1-2 stronicowe ilustracje i komiksy nie wnoszą nic w temat mniejszości seksualnych.Ważne, że ludzie zapamiętają szlachetne DC składające hołd uciśnionej mniejszości. Nie ważne, że ta antologia to potworek.

PK: No tak. Jeśli twórczość mniejszości ma docierać do ludzi, mamy ją wspierać i robić jej miejsce, to niech będzie dobra. Nie jestem za tym, żeby na siłę wypychać komiksy mierne, bo to tylko zaszkodzi sprawie, niż jej pomoże. Za jakością pójdzie też włączenie i różnorodność, bo dobre komiksy to też niezła platforma, żeby mówić o różnych rzeczach i jednocześnie pokazać kto za nimi stoi. Słabe komiksy to natomiast platforma do tego, żeby jeszcze bardziej pognębić autora, autorkę czy zespół autorów, już niezależnie od płci, etniczności czy seksualności.

SK: Zrobienie dwóch mniejszościowych projektów i prowadzenie strony o kobiecej twórczości nauczyło mnie, że ludzie potrafią naprawdę wymyślać niestworzone rzeczy byle tylko powiedzieć „nie” danemu projektowi. Naczytałam się tematycznych publikacji masę, także tych z lat 70.-90. ubiegłego wieku. Wtedy przyświecał im jakiś konkretny cel. Teraz częściowo stracił na znaczeniu, przynajmniej w sytuacji gdy mówimy o dużych rynkach. W całej tej dyskusji w sumie opowiadam się po obu stronach. Kolekcjonuję antologie feministyczne i LGBT, rozumiem źródło ich powstawania i ograniczeń jakie nakładają, a zarazem uważam, że współczesny rynek komiksowy jest na tyle bogaty i dojrzały, że prowadzona przez część redaktorek i wydawców rygorystyczna polityka jest zbędna i szkodliwa. Czasem zachowują się oni tak, jak gdyby przespali ostatnie dekady i totalnie nie podążali za komiksowymi trendami, a w swojej upartości wyrządzają więcej szkody niż pożytku.

PK: Myślę, że mamy w Polsce jeszcze trochę czasu i miejsca na to, żeby nie popełniać takich błędów jak dzielenie środowiska. Wierzę, że wszyscy wspólnie – twórcy, dziennikarze, wydawcy i czytelnicy, możemy stworzyć prawdziwie inkluzywny rynek. Po prostu twórzmy różnorodnie, zapraszajmy do współpracy osoby o odmiennych punktach widzenia (innej płci niż nasza, innej narodowości, innej orientacji), piszmy i recenzujmy takie komiksy, wydawajmy je i przede wszystkim kupujmy. Jeśli te rzeczy będą jakościowo dobre, możemy oszczędzić sobie debatowania o “komiksie kobiecym”, “komiksie mniejszościowym” itd. Po prostu będziemy mieć w Polsce “komiks”. Różnorodny i dla różnych grup odbiorców, bez metek, bez podziałów, tworzony przez ludzi z talentem i pasją, bez względu na płeć.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *