0

The Queer Year #2: My, dinozaury fandomu. Manga yuri w Polsce

Ostatnio w podobnym gronie rozmawialiśmy o naszych ulubionych tytułach z gatunku yuri. Tym razem chciałabym, abyśmy – ludzie o różnych gustach, stażu w fandomie, mniej lub bardziej aktywnie w nim działający – zastanowili się nad kondycją yuri w Polsce.

W dyskusji udział biorą:
Sylwia “Lou” Kaźmierczak – fanka gatunku, kiedyś wydawałam “Chigau” zina poświęconego yuri i yaoi.
“Alextasha” – członkini Three Musqueerteers, grupy tłumaczeniowej komiksów Ratany Satis. Współpracuje z Satis w charakterze edytorki.
“wyle” – była adminka yuri.pl
Krzysztof “Krzych Ayanami” Kopeć – wieloletni sympatyk tematu
“ayla” – była adminka yuri.pl

Na życzenie część z osób występuję pod nickami.

Sylwia: Okazji ku naszej rozmowie mamy kilka i wydają się one całkiem dobre. Otóż 2019 rok to bardzo specyficzna data. W tym roku przypada 15-lecie działalności portalu yuri.pl, 5 lat od premiery antologii mang yuri z wydawnictwa The Cold Desire, prawie 18 lat od startu listy dyskusyjnej yuri na yahoo i nieco ponad 15 lat od premiery zina “Chigau”. Tyle w kwestii historii. Ale 2019 to też data premiery kolejnych mang (“Citrus”, “Gdy zakwitnie w nas miłość”) i chyba najważniejsza tegoroczna – “Moje lesbijskie doświadczenia w walce z samotnością”. Czy to znaczy, że możemy w końcu mówić o polskim rynku yuri? Czy fani dojrzeli do poważniejszych opowieści? Spróbujmy przeanalizować te kilkanaście lat i zastanowić się czy jest to kierunek, w jakim chcieliśmy, aby ten rynek się rozwijał. Czy rzeczywiście jesteśmy w punkcie zwrotnym?

Wyle: 15 lat yuri.pl! Wow! To już tyle czasu minęło? Wieki temu, wydaje się jakby to był inny świat. (śmiech) I może był.

Przykładowe okładki zina Chigau

Sylwia: Manga długo musiała zmagać się z nieprzychylną prasą. Sam gatunek yuri nie cieszy się też specjalnym poważaniem wśród czytelników. Osoby niezainteresowane raczej przejdą obojętnie obok tytułów takich jak “Citrus” czy “Mój drogi bracie”. Ale wydaje mi się, że premiera “Moich lesbijskich doświadczeń” jest takim trochę wabikiem na komiksiarzy i czytelników mang o bardziej wytrawnym guście. Nie sądzę by ta jedna, konkretna publikacja zmieniła postrzeganie yuri w Polsce. Fandom nam się raczej od tego nie rozrośnie. Co najwyżej, jeśli Studio JG zdecyduje się na wydanie kontynuacji, może im się całkiem przyzwoicie (jak na ten nurt) sprzedać. Z drugiej strony JG jako jedyne rodzime wydawnictwo twierdzi, że yuri sprzedaje się bardzo dobrze. Dla mnie nie są to jednak wiarygodne informacje, bo JG nie przyznaje się do porażek wydawniczych. Nie kojarzę ani jednego posta, przecieku z ich strony, że któraś z mang była wtopą. Zawsze w przypadku problemów wina zrzucana jest na stronę japońską. Bo tak łatwiej i nie jesteśmy, jako czytelnicy, w stanie tego zweryfikować.

Ayla: Moim zdaniem ten gatunek jest na tyle specyficzny, że jest wręcz skazany na mikro-fandom. Trafia on do jedynie ułamka ludzi. “Moje lesbijskie doświadczenia” mogą przyciągnąć większą rzeszę ludzi ponieważ “odkodowują” słowo “yuri”. W tytule ma słowo: “lesbijskie”, a nie tajemnicze “yuri”.

Sylwia: Ciekawa jestem ilu ludzi, ze względu na tytuł, nabrało się na treść mangi Kabi Nagaty i kupiło ją z nadzieją na ostre sceny. (śmiech)

Ayla: I sam komiks nie jest rysowany standardową mangową kreską. Może być on po prostu traktowany jako jeden z wielu komiksów poruszających kwestie społeczne. Owszem, w większości komiksy yuri poruszają tego typu tematy, jednak one są głównie skupione na kwestiach szkolnych. Czyli na doświadczeniach najbardziej żywych w życiu każdego Japończyka. Smutne to, ale jedne “Moje lesbijskie doświadczenia” nie zmienią nic w kontekście całego fandomu yuri. Za to mogą zmienić coś na gruncie podchodzenia do kwestii homonormatywnych w Polsce.

Sylwia: Trudno mówić o społecznych kwestiach w większości yuri, gdy cała ta szkolna otoczka nie dotyczy coming outu czy społecznego postrzegania osób homo lecz tego, czy koleżanka z klasy przyjmie ode mnie czekoladki.

Wyle: Jest nadzieja, dopiero co Dango zapowiedziało “Shimanami Tasogare”, które wprawdzie nie jest dojrzałym yuri, ale w dojrzały sposób traktuje o seksualności.

Krzysztof: Podobno jakieś wątki się tam pojawiają. Jestem ciekaw co z tego wyjdzie.

Sylwia: “Shimanami Tasogare” jest całkiem przyzwoitą pozycją, ale bardziej chciałabym polskiego wydania “My Brother’s Husband”.

Alex: Czasami chciałabym przeczytać coś innego, niż wydanie od Japończyków. Po tylu latach rzadko znajdzie się perełkę, a schematy są zbyt wiele razy powtarzane.

Ayla: Yuri jest na tyle wrośnięte w kulturę Japonii, że każda inna manga z każdego innego kraju azjatyckiego jest jak powiew świeżości.

Alex: Dlatego szukam rekomendacji komiksowych. A że w tej kwestii jestem totalnie zielona i ich w ogóle nie czytam, to wybór mam na razie spory. Tylko problem jest taki – ja człek wybredny jestem. Dużą wagę przywiązuję do kreski, dlatego nie wezmę byle czego. Superbohaterskich komiksów nie tykam, bo za dużo macie tych uniwersów, linii czasowych i innych skomplikowanych rzeczy, od których zaczyna mnie boleć głowa. Komiksy najczęściej biorę jednotomowe albo krótkie, jak “Korra”. Wyjątkiem jest “Sunstone”, którego będą czytać chyba moje wnuki, biorąc pod uwagę ilość planowanych tomów i tempo Stjepana. Zaczęłam też w ciemno – no po kilkunastu obrazkach z tumblra – zbierać “Princeless: Raven the Pirate Princess”. Zacznę czytać, jak będę mieć tomy po kolei, a nie ze środka, a Bookdepository zniżek na nie często nie daje.

No ale jak już wspomniałam, nie zawsze kreska komiksowa mi przypadnie do gustu. Dlatego sięgam częściej po webtoony. Najczęściej koreańskie, chińskie, tajskie (co za niespodzianka). Ostatnio nawet się dowiedziałam, że jeden z moich ulubionych tytułów rysuje Filipinka. Także czytam wszystko co nie polskie i nie po polsku. Chociaż mam cichą nadzieję, że któreś wydawnictwo się ze mną skontaktuje, że chcą wydać “Lily Love” albo – w szczególności – “Pulse”. Ale na drugi tytuł chyba nie są gotowi. Chociaż skoro “Sunstone” przeszedł.

Sylwia: Ale przecież “Pulse” nie jest jakoś przesadnie ostre, tak samo “Sunstone”. Na polskim rynku mamy hentaje, mamy porno komiksy więc te dwa wspomniane tytuły to nie jest jakiś ewenement.

Ayla: A propos bycia “ostrym”. Ciekawe jest to, że w Empikach i innych salonach prasowych leżą okładkami do góry mangi yaoi wydawnictw Dango czy Kotori, a na tych okładkach, och potrafi się dziać! Podczas gdy okładki mang yuri są zmieniane na grzeczniejsze, jak w “Utenie”.

Sylwia: O faktycznie, zupełnie zapomniałam o tej zmianie ilustracji z okładki.

Wyle: Dla mnie objawieniem były azjatyckie mangi yuri. Po zalewie tylu grzecznych, schematycznych pozycji, cytując Lou “popierdółek”, to co oferują komiksy z Tajlandii czy Korei jest bardzo odświeżające. Na początku było ciężko przyzwyczaić się do sposobu kadrowania i nierównej kreski, za to wszystko wynagradzały historie z dorosłymi bohaterkami. To właśnie dorosłych bohaterek w pewnym momencie zabrakło mi w japońskich komiksach.

Sylwia: A mnie dorosłych bohaterek, dojrzałych problemów i scen seksu.

Ayla: Już były próby wydawania manhwy w Polsce przez Yumegari. “W cieniu betonowej dżungli” czy “Lady Detective” nie za bardzo się przyjęło. Możliwe, że na rynku wydawniczym panuje strach przed wydawaniem azjatyckich komiksów innych niż japońskie. Jeśli dodamy do tego tematykę yuri, wydawcom zapalają się znaki “stop” w oczach.

Sylwia: I chyba Yumegari zakończyło działalność więc te manhwy to mógł być gwóźdź do trumny.

Nie rozumiem też trochę polityki Waneko, które z jednej strony mówiło o słabej sprzedaży “Kwiatu i Gwiazdy” oraz “Sweet Guilty Love Bites”, po czym zapowiada liczącą już kilkanaście tomów serię ongoing “Murcielago”. Potem wydają “Citrusa”, o którego ludzie prosili w ankietach. Problem z tą mangą jest jednak taki, że sporo czytelników ma już wersję Seven Seas. No i sądząc po ciszy w temacie tej mangi na forum Waneko, małe jest zainteresowanie lekturą i dyskusją. Wiem, że traktowanie forum jako jakiegoś wyznacznika nie jest dobrym pomysłem. Ale zastanówmy się: czy w polskim internecie istnieje miejsce (poza fejsbukiem rzecz jasna) gdzie ludzie rozmawiają o przeczytanych mangach? No chyba nie.

Ayla: Problemem słabej sprzedaży “Citrusa” może być też to, że w tym samym czasie wydano dwie bardzo podobne do siebie mangi yuri. “Citrus” i “Gdy zakwitnie w nas miłość”. Obie ciekawie przedstawiają bohaterki i ich perypetie. Jednak totalnie mi się mieszają. I możliwe że się trochę “kanibalizują”. Osobiście czekam aż wydadzą całe serie by kupić i przeczytać oddzielnie.

Alex: Kiedy człowiek już jako tako wyrobił sobie gust w liliowych opowieściach, zaczął mieć większe wymagania. Ileż można czytać o szkolnych miłościach. Dlatego szlag mnie trafiał, kiedy ktoś zdecydował się wydać jakiś chłam, a potem biadolił na niską sprzedaż. „A przecież tak chcieliście yuri, to czemu nie kupujecie?”. Niektóre wydawnictwa nadal mają postawę „macie ochłapy, a teraz całujcie nas po rączkach”.

Ayla: Wyrobiliśmy się, ale też dorośliśmy. Tematy szkolne nie leżą już w sferze naszych zainteresowań.

Wyle: Musimy spojrzeć na to też z perspektywy wydawcy. Czy wydanie danego tytułu się opłaci, zwłaszcza na takim rynku jak nasz, gdzie – nie oszukujmy się – nie ma za dużo fanów yuri. Wydawanie mang to biznes, który musi się zwrócić i na siebie zarobić. Jestem nawet przekonana, że wydanie starych, niekiedy kultowych yuri, jeśli nie ma na to bardzo dużego hajpu, jest nieopłacalne.

Sylwia: No jest “Pieta” z JPF.

Wyle: Wiem, że wydana została “Pieta”, ale czy jest to hit sprzedażowy? Nie sądzę. JPF mógł sobie pozwolić na jedną, słabiej sprzedającą się serię.

Sylwia: Chciałam podpytać Endriu na nadchodzącym festiwalu w Łodzi, jak to jest z tą sprzedażą. Niestety JPF nie przyjedzie. Chociaż w przypadku “Piety”, to raczej kultowy tytuł wyłącznie dla starych stażem fanów yuri.

Ayla: Ech. Gdyby “Pietę” wydano te 10 lat wcześniej. “Pieta” bardzo pasowała do ówczesnego klimatu. Gdy czytało się “Dzieci z dworca ZOO” czy oglądało “Requiem dla snu”. Możliwe, że i teraz się to robi w liceum. Jednak teraz, gdy jest internet, ciężko jest osiągnąć miano kultowego tytułu. Kiedyś łapało się co było.

Wyle: Kiedyś ten rynek w Japonii był mniejszy więc istniała większa szansa na trafienie na dobrą mangę. Teraz idą w ilość a nie jakość.

Wydawcy coraz częściej sięgają po ten gatunek, ale wciąż to tytuły, które są albo bezpieczne albo nadal popularne. Ewentualnie nowe na Zachodzie lub w Japonii. Bardzo się zdziwię, jeśli w przeciągu roku, dwóch wydane zostanie coś kultowego.

Sylwia: Ale przecież Waneko wydało kultowego “Citrusa”. Tak już można tę mangę określać.

Wyle: Tak, ale to nadal seria dość młoda i popularna, która otrzymała swój animowany odpowiednik.

Ayla: Zastanawiacie się jaki tytuł yuri będzie kultowy za te 15-20 lat dla dzisiejszych licealistów/studentów?

Sylwia: “Citrus” ma teraz status taki, jak kiedyś “Strawberry Panic”, a “Bloom into you” jak “Marimite”. I chyba za te 15 lat to właśnie te dwie mangi będą wciąż wspominane. Może dojdzie do tego któryś z tytułów Morinagi Milk.

Moim zdaniem ten nasz rynek był kiedyś rynkiem eksperymentalnym i to wtedy mieliśmy większą szansę na dojrzały liliowy tytuł. Obecnie, mimo że rynek jest znacznie większy, nastawiony jest na czysty zysk. Wydawcy robią wyjątki, jak wspomniane przez Wyle Dango i “Shimanami Tasogare”. Ale potem pewnie skończy się to narzekaniem na słabą sprzedaż, tak jak to było z ich “Granicą twojej miłości”.

Ayla: Oj przepraszam, tak przerwę to narzekanie na rynek. Tak szczerze mówiąc, jak się przejrzy listę tytułów, to więcej mang yuri zostało wydanych przez ostatnie 5 lat niż przez 15 wcześniej. Trochę wiary w naszych rodzimych wydawców. Oni próbują.

Wyle: Pozamiatałaś. (śmiech)

Ayla: Sami ze smutkiem zauważacie, jak ciężko o dobrą, dorosłą mangę yuri z Japonii. A wydawcy mogą wybierać tylko z tego rynku. Manhwy się nie sprzedają. Możliwe, że kluczem do dobrej sprzedaży mang yuri w Polsce jest wydawanie tych opartych na anime.

Wyle: Albo tych, które na bazie popularności dostaną swój animowany odpowiednik.

Z punktu widzenia wydawcy ważny jest też odbiorca. Warto więc odpowiedzieć na pytanie kim jest obecnie fan yuri? Czy możemy ich nazwać fanami stricte tego gatunku czy po prostu fanami mangi. Moim zdaniem dzisiejsi fani yuri to głównie fani komiksu japońskiego. Dla nich jest to kolejna pozycja w kolekcji, która znalazła się tam bo wydał ją ulubiony wydawca albo kreska im się podoba, albo coś w tym stylu.

Marimite – screen z anime

Gdzie się podziali oddani fani, którzy potrafili poświęcić miesiące na rozmowy o ulubionych seriach, wyszukiwać najświeższe informacje o Shiz-Nat czy “Marimite”. Istniało nawet forum Strawberry Love poświęcone “Strawberry Panic”, na którym użytkownicy rozgrywali sesje rpg dziejące się w świecie „truskawek”, omawiali w najdrobniejszym szczególe odcinki anime i nowości o “Strawberry Panic”.

Sylwia: Z tymi współczesnymi fanami to problem jest nie tylko w przypadku mangi. Próbowałam w Łodzi organizować spotkania dyskusyjne o komiksie i mimo początkowego zainteresowania wyrażonego przez kilka dziewczyn, ostatecznie żadne ze spotkań nie odbyło się. Komiksowo, niby takie duże, też ma problem żeby się zorganizować.

Alex: Gdzie się nie spojrzy, tam lilijki anglojęzyczne. No właśnie. I to chyba jest nasz główny problem. Importy. Jak już zauważyłaś, chociażby w temacie “Citrusa”, na forum cisza. Prawdopodobnie przez to, że albo  tytuł już nie jest pierwszej młodości i hype w Polsce na niego osłabł, albo większość już przegadała temat na angielskich forach, albo już i tak mają angielską wersję, którą przegadali na forach.

Wyle: Z perspektywy 15 lat “Citrus” to dość młody tytuł. Brak zainteresowania obstawiam posiadaniem importu i przegadaniem tematu na zagranicznych forach.

Sylwia: Raczej grupach fejsbukowych.

Ayla: Czyli wydawnictwo wydało tytuł, który fani bardzo chcieli. A chcieli go, bo go znają ze skanlacji, ale już nie kupią, no bo przecież już przeczytali?

Sylwia: No coś w tym stylu.

Alex: Niestety w związku z niewielkim wyborem polskich tytułów – wzięłam tylko “Bloom into you”, bo historia ma szczególne miejsce w moim serduchu – praktycznie całkowicie w tej kwestii przeniosłam się na importy.

Sylwia: Czasem nie ogarniam tego fandomu. Może to po prostu chwilowe “zachłyśnięcie się” danym tytułem, które dość szybko mija, gdy okazuje się, że manga liczy powyżej pięciu tomów, a bohaterki niespecjalnie spieszą się w pogłębianiu (śmiech) relacji?

Do polskiego fandomu yuri trafiłam nieco pokrętną drogą.  Moja przygoda z komiksem zaczęła się w latach dziecięcych od pasków gazetowych. Po latach, gdy miałam już możliwość decydowania o tym co czytam, zaczęłam poszukiwania komiksów z lesbijkami. Tak trafiłam na szeroką gamę tego rodzaju publikacji w USA. No dobra, skoro Ameryka, to w Azji chyba też takie komiksy się ukazują. I tu trafiłam na yaoi. A od yaoi do yuri droga niedaleka. Swoje zrobiła też serialowa “Czarodziejka z Księżyca”, moja wielka miłość czyli Michiru i tona doujinshi jakie wtedy wpadły w moje ręce. Potem po kilku latach pojawiło się anglojęzyczne shoujo-ai forum, które stało się niesamowitym źródłem grafik, skanów oraz miejscem do wyszukiwania informacji o yuri tytułach.

Ayla: Myślę, że “Czarodziejka z Księżyca” otworzyła niejednemu drzwi do świata, najpierw mangi a później yuri.

Wyle: U mnie zaczęło się od artykułów w “Kawaii”, potem zaczęłam wyszukiwać informacji w internecie i tak odkryłam yuri.pl. Na yuri.pl trafiłam jakoś pół roku po otwarciu portalu, w 2004 roku. Yuri.pl było małym, prężnie rozwijający się portalem zrzeszający fandom z całej Polski. Natrafiłam na niego przypadkiem szukając jakiś skanlacji mang yuri, grafik i opowiadań o tej samej tematyce. To były czasy kiedy ludziom chciało się wspólnie działać, coś stworzyć razem. I właściwie to dzięki opowiadaniom i ludziom zapisanym na portalu zostałam tam na dłużej.

Sylwia: Miałam swoje aktywne lata w fandomie, głównie za czasów listy dyskusyjnej. W czasach gdy powstało yuri.pl prowadziłam własną stronę, wydawałam zina i jeździłam z wykładami po Polsce. Pamiętam, że w tamtym czasie nie było między nami współpracy. Yuri.pl zawsze konkurowało ze mną, a razem konkurowaliśmy z osobami piszącymi do magazynów. Był to swego rodzaju wyścig na to, kto wie więcej, więcej przeczytał i ma lepsze kontakty. Z perspektywy czasu, to było głupie. Po wielu, wielu latach wróciłam na forum yuri.pl, nawet zdarzyło mi się opublikować kilka tekstów na samym portalu. Jednak skupiam się na publikowaniu na Comix Grrrlz.

Wyle: To było głupie, ale nasze “wojenki” miały pozytywny wpływ na obie strony. Zdrowa konkurencja dopingowała do działania. Pamiętam jak w pewnym momencie Misza i Lou prześcigały się kto pierwszy doda news na swoją stronę. Nadążyć nie można było za wami. To był złoty okres portalu yuri.pl.

Ayla: Te wojenki to mi krwi napsuły. Ale fakt, było w tym coś mobilizującego.

Wyle: Najlepiej miała Warszawa. Tam najwięcej się działo: konwenty, spotkania dyskusyjne o yuri – najpierw w McDonald’s, a następnie w Antykwariacie Cafe przy ul. Żurawiej 45 oraz domówki na których odbywało się wspólne oglądanie liliowych serii. A wszystko to organizowane przez założycieli portalu.

Sylwia: Ja myślę, że na tych domówkach to wy nie tylko oglądaliście anime. (śmiech)

Yuri.pl – zrzut archiwalnej wersji

Wyle: W tamtym okresie na portalu można było znaleźć sporo skanlacji mang, opowiadania o tematyce yurikowej, komiksy, stripy i różnego rodzaju fanarty, a nawet odcinki anime z subami do ściągnięcia. To co mi się podobało na yuri.pl to własnie możliwość spotkań z ludźmi z forum i rozmowy i wspólne oglądanie. To chciałam kontynuować jak zostałam adminem portalu. Teraz nie ma takiego miejsca. Zmieniła się specyfika internetu, wszystko przeniosło się na społecznościówki. Obecnie każdy działa na swoje konto, nie ma tej potrzeby stworzenia czegoś wspólnego. I strony takie jak yuri.pl, skupione głównie na działalności fanowskiej, nie mają racji bytu.

Ayla: Jednak moim zdaniem jest ważne, by takie strony istniały. Bardziej w charakterze Wikipedii i jako kondensator informacji o rynku, niż działalności fanowskiej. Zastanawiam się, czy ludzie w niedalekiej przyszłości nie zmęczą się tym rozdrobnieniem i nie wrócą do stron i do yuri.pl

Wyle: Zgadzam się. Takie strony jak yuri.pl czy Comix Grrrlz powinny nadal istnieć. Nie jestem tylko pewna czy w takiej formie jak do tej pory.

Sylwia: Comix Grrrlz co prawda nie opiera się na fanowskiej twórczości, a głównie na publicystyce, ale ze względu na podejmowaną tematykę jest teraz traktowane jako taki dziwoląg.

Wyle: Portal oczywiście miał swoje wzloty i upadki. Zdarzało się, że przychodziły osoby, które były niehetero i trafiły na stronę poprzez poszukiwanie ksiązek, filmów z lesbijską tematyką. I nie były tak bardzo zaangażowane w komiks liliowy. Były okresy płodne, jak i przestoju. Jak pojawiali się nowi ludzie, mieli ochotę na dyskusję, podsyłali swoją twórczość, to wtedy portal odżywał. Ale po jakimś czasie ich zapał malał i wracaliśmy do punktu wyjścia. W pewnym momencie nawet my, admini przechodziliśmy kryzys.

Koniec końców okazało się że yuri.pl, jaki by ten portal nie był, w kolejnych latach zrzeszał wszystkie najważniejsze osoby zajmujące się popularyzacją nurtu w Polsce.

Sylwia: Amen.

Alex: Słucham o tych wszystkich „leciach” i nie mam pojęcia, o czym tu się mówi. W fandomie długo nie jestem, z 4-5 lat. Dlatego część historyczną uczczę minutą ciszy.

Sylwia: A nie wydaje wam się, że to rozdrobnienie fandomu w ostatniej dekadzie spowodowało, że przez lata niewiele w kwestii yuri zmieniało się w Polsce?

Wyle: Rozdrobnienie nie ma znaczenia. Już wcześniej nie mieliśmy siły przebicia. Fandom yuri nie był tak potężny jak fandom yaoi. Wydawcy pisali do nas z prośbą o podesłanie tytułów mang jakie można byłoby wydać, robione były ankiety, ale ostatecznie kończyło się to na przesłanych propozycjach. Albo były za drogie licencje, albo nieodpowiednia tematyka lub grupa docelowa była za mała.

Ayla: Ale koniec końców ważne (wówczas) tytuły dla fandomu wyszły: “Mój drogi bracie”, “Utena”, niedawno “Pieta”. Może nie tak szybko jakbyśmy chcieli, ale jednak działalność yuri.pl nie była po nic. W perspektywie, ten portal miał – i mam nadzieję że wciąż ma – duże zasługi dla fandomu i przysłużył się rozwojowi yuri w Polsce.

Sylwia: Polscy wydawcy wciąż korzystają z wyników ankiet przy doborze oferty.

Kiedyś dostęp do zagranicznych publikacji był ograniczony. Jeszcze przed sklepem Comics Universum, anglojęzyczne mangi można było kupić jedynie w trakcie konwentów. To samo z japońskimi wydaniami. No chyba, że ktoś miał znajomego z zasobnym portfelem. Dlatego głównym źródłem zdobywania wiedzy był raczkujący internet z jego stronami skanlacyjnymi. Wciąż skanlacje mają się dobrze, ale też sporo osób sięga już po importy.

Wyle: Anglojęzyczne mangi można było kupić także przez Empik. W tamtych czasach Empik.com mocno stawiał na importy i można było dostać różne rzeczy. Teraz to głównie Bookdepository, Amazon lub Ebay.

Ayla: I było to wszystko strasznie drogie. Znaczy importy. Szczególnie przesyłka. Już nie wspominając o formach płatności, a właściwie jednej: karcie kredytowej, ewentualnie specjalnym koncie walutowym.

Alex: Kiedy wchodziłam w fandom, to nie oglądałam się za polskimi yuri. Głównie chłonęłam skany. Potem jednak chciałam coś przeczytać w rodzimym języku, ale nie bardzo było co, o czym dobrze wiemy. Więc wróciłam do skanów. Człowiek zaczął się na forum udzielać, marudził o yuri wydawcom, ale zawsze była ta sama śpiewka: „nikt tego nie kupi”, „za dużo różnych tytułów różni ludzie chcą”, „yuriści nie umieją się zdecydować”. Potem było “Sweet Guilty Love Bites” – dało mi to nadzieję na inne dzieła mojej ulubionej Amano. No ale nadzieja została, a “SGLB” Waneko się pozbyć nie może z magazynów, bo wiecznie za 5 zł można je kupić na ich stronie.

Ayla: A szkoda, bo to bardzo dorosła manga. Właśnie taka jakiej mi najbardziej na polskim rynku brakuje. Niestety taka, której nikt nie chce czytać, bo manga = szkolne życie.

Sylwia: Pojedyncze mangi “wychodzą” do mainstreamu. Poza środowiskiem mangowym, japońskimi komiksami, szczególnie niszą jaką jest yuri, mogą zainteresować się przypadkowe osoby ze środowiska LGBT. Tyle, że to właśnie to środowisko ma z homo komiksami problem. Tutaj wątpię by nawet pojawienie się na rynku “Moich lesbijskich doświadczeń” czy gejowskiego “My Brother’s Husband” (które jest rewelacyjne i w kategorii komiksów queerowych stawiam bardzo wysoko), zmieniło nastawienie tej grupy do komiksu. Mało kto pewnie zwróciłby na nie uwagę. Ewentualnie doczekalibyśmy się recenzji w magazynie Replika, najprawdopodobniej napisanej przez osobę nie mającą pojęcia o komiksowym medium. Czego wyraz magazyn dał już przy okazji tekstu o “Sunstone”. Mieliście do czynienia ze środowiskiem LGBT na przykład przy okazji tematycznych wykładów czy jakiś festiwali i macie równie negatywne doświadczenia w kwestii ich nastawienia do komiksu i mangi w szczególności?

Wyle: Ja osobiście nie mam takich doświadczeń ze środowiskiem LGBT. Myślę, że na ten temat mogłyby coś więcej powiedzieć pierwsze adminki yuri.pl.

Ayla: Bo mam wrażenie że, żeby czytać mangę, trzeba lubić mangę. Jeśli kreska jest “zbyt mangowa” osoby ze środowiska LGBT tego nie tkną. Środowisko LGBT nigdy nie traktowało mangi poważnie, bo jak “chińskie bajki” można traktować poważnie? Paradoksalnie mimo, że komiks stał się obecnie medium mainstreamowym, nie poprawiło to wizerunku samej mangi. Wciąż mówi się o “mangozjebach”. Oj, ciężko ma ten japoński komiks w Polsce.

I tak się zastanawiam, że może mangi yuri z ich szkolnym życiem warto zostawić tam gdzie ich miejsce? Czyli na półce z mangami, dla uczniów z podstawówek i licealistów? Bo wiemy, że tego typu komiksy się sprzedają. A dla nas może nadszedł czas na coś innego? Może warto zainteresować rynek czymś co jest azjatyckie, ale jednak nie mangowe? Może taki komiks miałby szansę na rozwój w Polsce? Takie tytuły jak “Sunstone” czy “Moje lesbijskie doświadczenia”?

Sylwia: Te “mangozjeby” to już teraz trochę kwestia nieaktualna moim zdaniem. To znaczy, ja już bardzo rzadko słyszę takie określenie, najczęściej padają na festiwalach komiksu.

Niektórzy uważają, że spory wkład w kształtowanie światowego fandomu yuri ma Erica Friedman, Amerykanka prowadząca portal i bloga poświęconego naszej ulubionej odmianie mang. Była też adminką listy dyskusyjnej na yahoo, na której ja – i przypuszczam część z was – też była obecna. Nie przeceniałbym jednak jej udziału. Po kilku latach uczestnictwa w liście, śledzeniu bloga i projektu “Yuri Monogatari” stwierdzam, że jest to osoba skupiona wyłącznie na promowaniu własnej osoby, a niekoniecznie mang. Te są dla niej jedynie pretekstem.

Wyle: Nie lekceważyłabym jej wkładu. Dla wielu z nas Friedmanowa była pierwszym, zagranicznym źródłem informacji o yuri. Jeśli czegoś nie można było znaleźć w polskim internecie, odwiedzało się jej bloga.

Ayla: Tak, nie wszyscy zastanawiali się nad jej pobudkami. Najważniejszy był wybór mang. W tym yuri dla dorosłych.

Antologia mang yuri

Sylwia: To już więcej w kwestii wydania się na papierze moim zdaniem zrobiło polskie wydawnictwo The Cold Desire, dając przypadkowym osobom możliwość opublikowania swoich opowiadań i mang. I – w przeciwieństwie do Friedmanowej – nie ingerując w treść ani sposób ilustrowania.

Tak będąc szczerą to rynek yuri w Polsce jest mi totalnie obojętny. Za długo musiałam czekać aby cokolwiek zostało wydane. Zdążyłam już zacząć kolekcjonować zagraniczne wydania, a dublowanie nie wchodzi w grę, nawet w ramach wspierania lokalnych firm. Generalnie wydaje mi się, że yuri w ofercie rodzimych wydawców pojawiło się tak z dekadę za późno. Część starych fanów wydoroślała, młodzież ciężko przyciągnąć takim a nie innym doborem tytułów. A cała reszta kupuje te nieszczęsne importy. O punkcie zwrotnym raczej nie może być mowy, bo wciąż w zestawieniu z yaoi ukazuje się tego znacznie, znacznie mniej.

Ayla: Zestarzałaś się i za dużo naczytałaś yuri w życiu.

Sylwia: Nieprawda. Wciąż mi mało.

Alex: Polski rynek yuri można chyba powiedzieć, że odżywa. Ale na pewno nie dzięki polskim fanom. Mam wrażenie, że niektórzy wydawcy odkryli, że jednak na yuri można zarobić (przykład “Citrusa” i wielu wersji wydania plus anime). Co chwilę dowiadujemy się, że nowe yuri dostaje anime, jak wspomniane dzieło Saburouty, “Kase-san” czy “Fragtime”. Seven Seas przoduje w wydawaniu anglojęzycznych, liliowych pozycji. Ostatnimi czasy, zawsze jakaś yuri manga pojawia się w ich zapowiedziach. Nawet wracający do łask Tokyopop wydaje “Konohana Kitan” i “Futaribeya”. Ogólnie, świat zwariował na punkcie dziewczyńskiej miłości. No, może lekka przesada. Ale na pewno jest to gatunek bardziej widoczny, niż parę lat temu. Tak czy siak, nie prędko pewnie kupię coś yuri od polskich wydawców. No chyba, że wydadzą mi “Kase-san” albo “Octave”, które zapowiedziała Hiszpania.

Ayla: Mnie cieszy wzrost tłumaczeń mang yuri na świecie. Dzięki rozwojowi internetowych zakupów i znajomości angielskiego, nie jesteśmy skazani już na polski rynek yuri. Może po prostu urodziliśmy się w trochę złym momencie. Te 20 lat temu rynek mangowy dopiero powstawał w Polsce. Yuri nie było wydawane, angielski u nas kulał. Teraz już nie kuleje, a tyle się wydaje na świecie, że nie jesteśmy już po prostu klientami polskich wydawnictw. Aczkolwiek ja jestem. Trochę z językowego lenistwa, ale też oszczędności. W końcu mangi po Polsku są 2-3 razy tańsze niż te po angielsku, więc mogę ich kupić 2-3 razy więcej.

Sylwia: Zastanawia mnie czy japońskie wydanie “Moich lesbijskich doświadczeń” też miało twardą oprawę czy to kaprys Studia JG.

Ty Alex tak o tych anime, a ja się przyznam, że współczesnych anime prawie nie oglądam, nawet tych yuri. Z dwóch powodów: nie mam czasu i nie mogę zdzierżyć cukierkowych opraw.

Ayla: Anime już nie jestem w stanie oglądać. Zbyt infantylne. Mam większą tolerancję do “słowa rysowanego”.

Wyle: Tak rozmawiamy i rozmawiamy i wychodzi na to, że prawdziwi fani yuri to relikty przeszłości, jesteśmy jak dinozaury fandomu. (śmiech)

Sylwia: (śmiech) Coś w tym jest. Ludzie są leniwi, nie chce im się rozmawiać, coraz mniej czytają. Internet daje im wszystko, łącznie z analizą poszczególnych tytułów. To jak z growymi gameplayami. Po co samemu ukończyć jakiś tytuł, kiedy można zobaczyć jak ktoś go za nas przechodzi.

Zauważyliście, że “Citrus” jest najczęściej wspominaną mangą w tej rozmowie? Moim zdaniem popularność tego tytułu poza Japonią wynika z tego, że łączy on w sobie wszystko to, co podoba się młodzieży w ich produkcjach. Mamy nastolatki w szkole, mamy soczyste dziewczęce pocałunki i jest incest. Brakuje tylko furry. Ale nie umniejszam tej serii. Wbrew pozorom, nie jest to taki zły tytuł w zestawieniu z masą innych, powstałych w Japonii w ostatnich latach.

Wyle: Za “Citrusa” się jeszcze nie zabrałam, ale ostatnio zaczęłam nadrabiać czytanie japońskich yuri wydanych w ostatnich latach. Skoro mam najlepsze źródło pod ręką to szkoda z niego nie skorzystać. I o mój boże! Absurdy mang: gwałty, morderstwa, czyszczenie uszu, cyber zapładnianie, żyjące i oddychające mundurki, fetysz zapachu.

Ayla: Jako dinozaur powiem, że nic nie przebije nagłych wątków sado-maso w “Brzoskwini”.

Krzysztof: “Citrus” to chyba taka część „niegrzecznej” wersji popkultury (śmiech). Gdzie dorośli są uosobieniem wszelkiego zła. Organizują klasówki, narzucają dyscyplinę, bywają niesprawiedliwi – a co najgorsze są zorganizowani i wykorzystują swoją władzę i autorytet przeciwko biednym i słabym uczniom, których świętych prawem jest siano między uszami (śmiech). Fakt, że to dzięki środkom zapewnianym przez dorosłych jako dzieci mogą być nieodpowiedzialni i robić co im się podoba, najwyraźniej im umyka.

Gram teraz w “Personę 5” i to przerysowanie jest tu bardzo widoczne. Jak widać młodzież potrzebuje takich rzeczy. (śmiech) Osobiście wolę „Gdy zakwitnie w nas miłość”. Może jest to sztampa, ale ładnie narysowana i nie koncentruje się wyłącznie na głównej parze. A to też się liczy.

Ayla: Moim zdaniem “Citrus” jest bardziej “juicy” z tymi swoimi przegięciami. Romansami z nauczycielami, utrzymaniem władzy w szkole, omdleniami. W obu cieszy to, że bohaterki mają własne charaktery. Co nie jest niestety standardem – “Kwiat i Gwiazda” – o mój bosz. Jednak miło jest powiedzieć powyższe słowa. Bo wskazują na to, że na polskim rynku pojawił się jakikolwiek wybór wśród mang yuri.

Krzysztof: W sytuacji kiedy obie mangi mają prawie dokładnie takie same założenia, to jest to trochę wybór między wodą a wodą z cukrem. Kurczę, nawet wampiryczne pozycje różnią się między sobą. “Seifuku no Vampiress Lord” to leciutka komedyjka, “Vampire Girl Black Lily” stworzył Ryuu Asagi – czyli z góry wiadomo, że będzie to lesbijskie porno. “Killing me!” to parodia konfliktu łowczyni wampirów ze swoim celem, gdzie obydwie bohaterki mają ADHD, a “VAMPEERZ” skłania się bardziej w stronę obyczajówki. W mniejszym czy większym stopniu mają one swój własny, indywidualny charakter. Nawet jako mało wymagające zapychacze. Przy “Citrusie” i “Kwitnieniu” nie jestem pewien czy jest to tak widoczne.

Z drugiej strony dobrze, że to nie jest takie odcinanie kuponów jak przy “Lily Love 2”. Uwielbiam Ratanę i jej pracę, ma świetny styl, a historie – chociaż może w dużym stopniu pozbawione fabuły – mają swój wdzięk. Ale “Lily Love 2” to było takie wodolejstwo, taki rażący brak pomysłu dokąd to w ogóle doprowadzić. Finał może jakoś wyszedł, ale wcześniej. Ech…

Sylwia: Oj tak, bardzo chwaliłam publicznie prace Ratany, ale to co się dzieje w “Lily Love 2” to równia pochyła. Nawet nie chce mi się czytać jej nowej historii – “Soul Drifters” – bo już główne postaci to klony jej poprzednich bohaterek.

Krzysztof: “Soul Drifters” jeszcze nie miało premiery, więc nie ma czego oceniać, a nadzieja zawsze umiera ostatnia. A nie jestem pewien czy autorce nawrzucać, skoro wszystko robi sama: całą edycję, przygotowanie druku czy pakowanie i wysyłkę za granicę.

Sylwia: Wiem, że nie miało premiery, ale wystarczą mi ilustracje udostępnione przez autorkę. A Ratana sama nie edytuje plików. Robi to za nią lub pomaga jej w tym Alextasha.

Soul Drifters

Krzysztof: A co do klonów, to rysownicy chyba zwyczajowo zmieniają tylko fryzury i ewentualnie różne dodatki w rodzaju wstążek albo okularów. Bohaterki “Happines in the shape of a scar” (pierwszy rozdział antologii “Éclair”) od Nio Nakatani są przecież bardzo podobne do tych z “Gdy zakwitnie miłość”. Żeby to się bardziej rozwinęło to chyba trzeba by więcej zarabiać na swojej twórczości, a jakoś nie sądzę, żeby Ratana na swoich komiksach zbijała kokosy.

Sylwia: To kopiowanie postaci to nic innego jak lenistwo, ograniczony warsztat i efekt szybkiego produkowania kolejnych komiksów.

Wyle: Przykład z polskiego podwórka. Edyta Bystroń od wielu lat tworzy ziny, które sama obrabia, składa, nadzoruje proces druku, itd i nie mam problemu z odróżnieniem postaci w kolejnych jej komiksach. Niemniej czekam na “Soul Drifters”. Jestem ciekawa jak Ratana poradzi sobie z nowym gatunkiem. Marzy mi się dobre fantasy, gdzie wątki yuri są obecne, ale nie najważniejsze dla fabuły.

Sylwia: Porozmawialiśmy sobie więc nadszedł czas na krótkie podsumowanie. Mamy w Polsce funkcjonujący rynek yuri, ale wymierzony w młodego i mało wymagającego odbiorcę. Dla nas priorytet mają importy, a po polskie wydania sięgamy w wyjątkowych sytuacjach. Nie udało nam się sprecyzować jednej definicji kim jest współczesny fan yuri, bo różni nas wiek, zaangażowanie w fandom, odmienne gusta i samo podejście do yuri jako gatunku. Z tęsknotą wspominamy dawne czasy, gdy integracja i rywalizacja napędzała nasze hobby. Czasy, które już nie wrócą, bo wśród fanów brakuje zapału, swoje robi też powszechny dostęp do zasobów internetu. Ale nie jest to tylko problem mangowego środowiska. Te 15 lat miało swoje intensywniejsze momenty, miło było do nich wrócić i powspominać. Mam nadzieję, że nasza rozmowa przybliżyła nieco historię fandomu yuri osobom, które dopiero stawiają w nim pierwsze kroki. A pozostałym przypomniała, jak to drzewiej bywało.

 

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *