0

The Queer Year #1: Komiks lesbijski a sprawa polska

Komiks towarzyszy mi od dziecka, a od ponad 20 lat uczestniczę w życiu środowiska komiksowego obserwując jak się zmienia. Prowadzenie strony internetowej skoncentrowanej na reprezentacji kobiet, jako twórczyń i bohaterek, w tym medium to nie wszystko. W pewnym momencie zdecydowałam by więcej uwagi poświęcić komiksowi lesbijskiemu. Takiej niszy w niszy komiksu kobiecego. Co rozumiem pod tym pojęciem? Komiks lesbijski to taki, w którym tożsamość seksualna bohaterki jest istotnym dla treści elementem. Koniec końców zaczęłam kolekcjonować wszelkie rysunkowe publikacje mające choćby wątek kobiecej nieheteronormy. W takie motywy szczególnie bogate są komiksowe twory z USA i Japonii. Koleją rzeczy, poza czytaniem, publikowaniem newsów i tekstów na Comix Grrrlz, postanowiłam zaprezentować tę niszę szerszemu gronu odbiorców. Forma spotkania o historii gatunku i jego rozwoju w różnych częściach świata wydała mi się najlepszym wyborem. Za grupę docelową obrałam sobie przede wszystkim żeńską część środowiska LGBT, by spopularyzować mniej znane medium poprzez bliski im temat.

To nie tak, że nie mamy osób nieheteronormatywnych, które komiksy omijają szerokim łukiem. Mamy i chętnie z nimi dyskutuję na przykład na grupach facebookowych. Ich jednak edukować nie trzeba, dlatego to nie oni są bohaterami niniejszego tekstu. A właściwie po co on powstał? By przestrzec osoby mające głowę pełną pomysłów i chcących włączyć inne media w kulturalną scenę LGBT, że lekceważąca polityka portali i organizacji może szybko ostudzić ich zapał. By odczarować cukierkowy mit wspólnego kreowania historii i queerowego dziedzictwa, o których mowa przy okazji mniejszościowych wydarzeń. I na koniec, by pokazać, że w naszym kraju komiks queerowy praktycznie nie istnieje.

Bostońskie małżeństwa okładka

Pierwszy popularyzujący panel odbył się już w 2007 roku, w trakcie festiwalu Kultura Dla Tolerancji.  Początki szerzenia zamiłowania do les komiksów i już trafiam na obraną grupę docelową.  Pamiętam ten panel doskonale: pełna sala, podział płciowy między słuchaczami niemal po połowie, co na tamte czasy było dość zaskakujące. Nie były to lata szczególnej popularności komiksów wśród żeńskiej części populacji. Po spotkaniu dużo pytań i rzeczowa dyskusja z osobami, którym, jak się okazało, rysunkowe medium było dobrze znane. Po tym spotkaniu, kilka kolejnych odbyło się już w ramach różnych komiksowych imprez. Próbowałam zgłaszać propozycję spotkania na pomniejsze wydarzenia LGBT. Bezskutecznie. W tym czasie trafił się tylko jeden odczyt w grupie gender, zajmującej się też sprawami mniejszości. Mała frekwencja, dyskusji brak. Nie ograniczałam się jedynie do prowadzenia spotkań. Śledziłam serwisy mniejszościowe (Homiki, Kobiety kobietom, Inna strona), teksty w prasie (Replika) i fora. Tak minęły dwa lata, które przekonały mnie, że w społeczności LGBT świadomość istnienia komiksu queerowego jest wciąż znikoma. Nadszedł rok 2009 a z nim, zamiast spotkań, publikacja – antologia komiksów o les tematyce. Rzecz precedensowa na polskim rynku. „Bostońskie małżeństwa”, bo tak brzmiał tytuł, były takim zinowym eksperymentem pod banderą Comix Grrrlz. Chciałam, wzorem amerykańskich niezależnych oficyn, wydać zbiór podejmujący nietypowy temat dając zarazem przestrzeń dla twórców i twórczyń do zaprezentowania własnych doświadczeń.

Komiksowo to dość specyficzne środowisko, często wykłócające się na blogach i społecznościówkach, by przy okazji komiksowego festiwalu pić zgodnie piwo, chwalić zakupy z giełdy i zazdrościć autografów. Dlatego też nie byłam zdziwiona reakcją komiksiarzy na „Bostońskie”. Doszukano się dyskryminacji rysujących mężczyzn powołując się na bezosobowe ogłoszenie o naborze prac, które rzekomo skierowane było wyłącznie do artystek. Z góry założono też, że albo będzie to antologia porno albo propaganda homoseksualnego lobby. Całe ocenianie „Bostońskich”, projektu z założenia niszowego i na długo przed jego wydaniem, zostało sprowadzone do płci i orientacji: czy lesbijki potrafią rysować komiksy i czy to, co robią w łóżku, czyni z nich artystki. Ale były też osoby spośród komiksiarzy, które projekt wspierały czy to dobrym słowem czy pomocą w złożeniu i druku. Do momentu wydania (około pół roku) temat się zdezaktualizował i komiksowo zaczęło żyć innymi sprawami.

Festiwal No Women No Art 2009

A jak wyglądała sprawa naboru prac i promocji antologii na portalach LGBT? Info prasowe zamieszczone – można zamknąć temat. Zero zainteresowania czy wydanie w ogóle doszło do skutku, brak odpowiedzi na moje wiadomości, nie było jakiejś akcji wokół zbioru i tylko jedna recenzja. A przecież była to publikacja dla mniejszości i o niej mówiąca. Publikacja, która już od pierwszej wzmianki odbiła się echem w mainstreamowych mediach. Najwidoczniej to wciąż mało by poświęcić jej uwagę. Antologia ukazała się, trafiło do niej osiem krótkich form,  w tym kilka stworzonych przez mężczyzn. To najwyraźniej spowodowało przebudzenie polskich lesbijek, bo to właściwie jedyny feedback od nich, jaki do mnie dotarł (głównie pod postacią kilku maili). Jak to, panowie mają coś do powiedzenia w kwestii kobiet niehetero? Ano mają i czasem nawet sporo ciekawego. Moja ulubiona historia z „Bostońskich małżeństw” jest autorstwa mężczyzny. Czemu miałaby służyć selekcja ze względu na płeć autora? Ważny jest warsztat i empatia. Co znamienne, jeśli już poza komiksowem pojawi się temat (np. w blogowym wpisie) obecności lesbijek w polskich komiksach, „Bostońskie małżeństwa” pomijane są w tym kontekście. Mam wrażenie, że świadomie. Szczególnie, gdy na wytknięcie, że taki wątek istnieje i nawet mieliśmy w Polsce publikację, pojawiają się komentarze: „a no tak, ale to było dawno”. Dawno czy nie, antologia jest i wymaga odnotowania w tęczowej bibliotece.

2009 rok to festiwal No Women No Art z jego drugą edycją i kilkoma spotkaniami poświęconymi lesbijskiej sztuce komiksowej. Ten, jak i kolejne lata  to również okres dobrej współpracy z grupami feministycznymi, wśród nich magazyn „Zadra”. Przełomem w poszerzeniu grona czytających rysunkowe historie queer mógł okazać się rok 2010 i festiwal Pomada z całym blokiem komiksu lesbijskiego. Udało się go wprowadzić do programu właściwie bez żadnych wątpliwości. Niestety, w tym przypadku nie dopisała frekwencja. Ot, taki paradoks.

W międzyczasie udało mi się opublikować tematyczny tekst w magazynie „Furia”. Kolejne lata to kolejne próby zainteresowania niekomiksowego odbiorcy LGBT rysowanymi tęczowymi motywami. Zwykle bezskutecznie. Szczytem był wrocławski Festiwal Równych Praw z 2016 roku, gdzie pomysłodawczyni takiego spotkania musiała udowadniać organizatorom, że jest to temat wart uwagi i dobrze byłoby wprowadzić go do programu imprezy.

Jaki zatem problem z komiksem ma środowisko LGBT, osoby skupione wokół mniejszościowych wydarzeń i mediów? Może komiks jawi się im jako prostacka forma ekspresji, zbyt trywialna do mówienia o „poważnych sprawach”, jak tożsamość seksualna i wiążące się z nią kwestie. Projekcie filmów z wątkiem les spowszedniały na wszelkich festiwalach. Pojawia się teatr, literatura, a komiks wciąż czeka na swoje miejsce.

Jeśli problemem jest nieznajomość tematu i trudność z doborem odpowiednich tytułów to przecież wystarczy skorzystać z wiedzy kogoś, kto o tym gatunku wie sporo. Przez te kilkanaście lat przeczytałam dziesiątki komiksów, wydałam antologię, przeprowadzałam wywiady z autorami i autorkami, pisałam teksty tematyczne. Próbowałam z różnymi kulturalnymi wydarzeniami dotyczącymi mniejszości seksualnych, a mimo moich dobrych chęci, z drugiej strony zainteresowania brakowało. A przecież takie wydarzenia pełnią m.in. rolę edukacyjną i popularyzacyjną.

Plakat festiwalu Pomada 2010

Kompletną nieznajomość tematu i pogardliwe nastawienie do rysunkowego medium zdaje się potwierdzać komiksowa recenzja z jednego z numerów „Repliki”. W całej historii magazynu były bodajże cztery.

Dużo pokazało tu także wydanie „Bostońskich małżeństw” i ich zignorowanie przez środowisko. Czyżby głównym problemem był fakt, że nie należę do żadnej organizacji skupionej wokół LGBT? Kiedyś udzielałam się w raczkującej łódzkiej, ale szybko zrezygnowałam widząc zamiast współpracy ciągłą walkę o władzę i o to, czyj pomysł jest najlepszy z innych najlepszych pomysłów. Morał z tego taki: chcesz coś robić, musisz znać miejsce w hierarchii. Osobom niezrzeszonym dziękujemy.

A same ewentualne odbiorczynie, bo przecież ich brak też nie jest bez znaczenia? Żeńska część społeczności LGBT niespecjalnie jest zainteresowana komiksem jako medium. Obejrzeć kolejny film o szczęśliwej miłości bohaterek, które przez większość projekcji zbierają się by wyznać sobie uczucie lub serial o pięknych, bogatych i chutliwych lesbijkach z USA? Pewnie. A komiks, który wymaga większego zaangażowania bo trzeba go przeczytać i nierzadko przeanalizować? Może niekoniecznie, chodźmy na piwo i speed dating. Dobry przykład to wspomniany już wrocławski festiwal. Darmowe jedzenie wegańskie zgromadziło pełną księgarnię. Na odbywający się zaraz potem panel, zostało może ćwierć obecnych. Polski komiks queerowy praktycznie nie istnieje. Mamy wąskie grono osób, które motywy kobiecej nieheteronormy wplatają w swoje prace. Warto w tym momencie nadmienić, że w porównaniu z 2009 rokiem liczba tych autorek i autorów znacznie zmalała. Łaguniak, Chełstowska, Szaulińska, Szymczak – wątków les ich autorstwa już nie poczytamy. W ostatnich latach dołączyła do nich Cymerman. Czy problemem może być monotematyczność owych komiksów?  Prawdopodobnie. Powtarzalność motywu randkowania i związków lub tego, jak strasznie i źle żyje się w Polsce homoseksualistom może się w końcu znudzić. Warto żeby tematem na poważnie zajął się jakiś mężczyzna, bo to oni dawali i dają świeże spojrzenie. Tego zresztą brakowało mi przy okazji wydania „Bostońskich małżeństw”. Podjęte tematy były tam zbyt ugrzecznione, zachowawcze. Gdzie klasyczne porno? Gdzie zabawa motywem? Gdzie krytyczne spojrzenie na społeczność LGBT? Mam wrażenie, że polskie rysowniczki queer cierpią na, jak ja to nazywam, „syndrom Bechdel”,  usilnie starając się pozostać w ramach realistycznej opowieści obyczajowej, w której tożsamość seksualna bohaterki stanowi clue historii. Opowieść z życia wziętą też trzeba umiejętnie przekazać.

Nadzieję budzi, archiwizujące kulturę lesbijską, stowarzyszenie Sistrum, które zorganizowało m.in. spotkanie z polskimi twórczyniami komiksów z safistkami. Szkoda, że z czterech obecnych zaledwie dwie działają w miarę aktywnie. Miałam okazję pojawić się na nim w roli słuchaczki. Na spotkaniu światło dzienne ujrzała kwestia ciągłej niechęci wydawców do wydawania queerowych prac polskich autorek. Taki zarzut padł ze strony prowadzącej. Rzecz w tym, że na rynku komiksowym też obowiązuje zasada popytu i podaży.  Komiks musi mieć potencjał sprzedażowy. Fani historii obrazkowych mogą przebierać w setkach zagranicznych tytułów, a rodzimi twórcy i twórczynie najwyraźniej nie stworzyli do tej pory nic wokół komiksu queerowego, co miałoby szansę zaistnieć na rynku. Zamiast narzekać na złych wydawców, proponuję wydać historie własnym sumptem, np. poprzez niezwykle popularne ostatnio finansowanie społecznościowe. Przede wszystkim pokazałoby to czy rzeczywiście jest jakiekolwiek zainteresowanie pracami danej autorki i podejmowanym tematem. Nagle może się okazać, że to nie wina wydawcy,  a zwyczajnie trzeba popracować nad warsztatem i fabułą.

Oddzielną grupę czytelników stanowią fani mangi, społeczność równie specyficzna jak komiksowa. Istniejący w mandze gatunek komiksu lesbijskiego określany mianem yuri ma w naszym kraju wąską, w miarę stałą, choć podzieloną na zwolenników różnych tytułów grupę odbiorców. Co ciekawe, jest w niej dużo mężczyzn. Nie jest ona na tyle duża, by wydawanie mang yuri było opłacalne, co podkreślają sami wydawcy japońskich dzieł. Ale kilka tytułów się ukazało, mieliśmy w naszym kraju antologię autorskich komiksów yuri wydaną w niskim nakładzie przez małą oficynę. Sama współtworzyłam fanzina poświęconego japońskiemu komiksowi queerowemu. Yuri miało swoje bloki programowe na mangowych konwentach. I choć fani komiksu japońskiego to w głównej mierze młodzież, która, siłą rzeczy, w przypadku yuri sięga głównie po historie o niewinnych zauroczeniach uczennic, to jednak potrafi aktywnie brać udział w dyskusjach i organizować się wokół akcji tematycznych, gdy zajdzie taka potrzeba.

Na queerowych wydarzeniach mówi się o kulturze mniejszościowej ale wybiórczo. Potencjalne czytelniczki komiksów wybierają inne zajęcia. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla aktywistki takiej jak ja? Szansę na konkretną współpracę dają tylko alternatywne inicjatywy, jak właśnie Sistrum czy Pomada. Ich głos bywa jednak mało słyszalny. Pozostają kolejne autorskie projekty wokół kontrowersyjnych tematów i przede wszystkim wydarzenia organizowane przez grupy feministyczne. Społeczność LGBT w swoim podejściu do zjawisk kultury może się od nich wiele nauczyć. I mam nadzieję, że w końcu to zrobi.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *