0

„Lekcje, które dostałam od ojca były zbyt cenne, aby zachować je dla siebie.” Wywiad z Joyce Farmer

fot. Jody Hoy

Joyce Farmer, fot. Jody Hoy

Joyce Farmer, jedna z najważniejszych twórczyń amerykańskiego podziemnego komiksu kobiecego, autorka fenomenalnego albumu Special Exits. Comix Grrrlz opowiada o trudach tworzenia w latach 70., relacji z rodzicami oraz polityce.

 

Przed nawiązaniem współpracy z Lyn Chevli byłaś już świadoma tego, że chcesz rysować komiksy, że to właściwa droga dla ciebie? Masz jakieś przygotowanie artystyczne?

Nie wiedziałam, że chcę rysować komiksy, ale Lyn miała kilka świetnych pomysłów a ja przygotowanie artystyczne. Mam również licencjat z języków klasycznych i długie zainteresowanie historią sztuki. Uważałam, że komiksy są prawowitą formą sztuki, która nie była właściwie rozumiana.

„Tits & Clits” to był wasz autorski projekt z Lyn Chevli, będący odpowiedzą na mizoginistyczną, zdominowaną przez mężczyzn twórczość niezależną. Oryginalny, prowokacyjny, nazywający seks sprawą polityczną i przedstawiający seksualność z kobiecej perspektywy. Miałyście gotowy pomysł na tę antologię czy też scenariusze podsuwało samo życie?

Nie miałyśmy planu, co robimy, po prostu pisałyśmy i rysowałyśmy historie o naszych doświadczeniach i fantazjach. Czułyśmy, że większość wcześniejszych obrazów relacji seksualnych pochodzi z męskiego punktu widzenia i że nadszedł czas na zmianę. O pisaniu wiedziałyśmy tak mało, że zaczynałyśmy opowieść i nie miałyśmy pojęcia, jak ją skończyć, więc po prostu pisałyśmy: „Ciąg dalszy nastąpi…”.

Mam wrażenie, że mimo niezaprzeczalnej roli jaką odegrało „Wimmen’s Comix” był to jednak magazyn mocno zachowawczy. Z tamtego kolektywu, jedynie Melinda Gebbie po wydaniu autorskiego

Tits&Clits

Tits&Clits

„Fresca Zizis” stanęła przed sądem za obsceniczność. Inaczej było z tobą i Lyn. Pierwsza poprawka nie chroniła publikacji uznanych za pornografię, a tym było dla władz „Tits & Clits”. Opowiedz jak trudno było tworzyć tego rodzaju komiks. O policji, sprawie Wilsonów, ukrywaniu wydrukowanych egzemplarzy.

W czasie, gdy powstał pierwszy komiks, nie miałyśmy pojęcia, że będzie uznany za pornografię. Umieściłyśmy na okładce oznaczenie „Tylko dla dorosłych”. Wiedziałyśmy, że będzie kontrowersyjnie, ale Stany Zjednoczone mają ugruntowane prawo do wolności słowa i myślałyśmy, że to nas ochroni przed konsekwencjami prawnymi. Nie wiedziałyśmy, że Pierwsza Poprawka podlega interpretacji i to, co jest ustanowione jako pornografia nie jest jasne. Ponadto, gdy oskarżenie zostanie postawione, zaangażowani ludzie będą musieli wynająć prawników, którzy mogą być bardzo drodzy. Lyn i ja nie miałyśmy pieniędzy, a miałyśmy dzieci i miejsca pracy, które mogłyśmy utracić w efekcie przegranej sprawy sądowej. Ale obie nigdy nie byłyśmy aresztowane. Oskarżenie o sprzedaż pornografii wobec właścicieli księgarni, pani i pana Wilsonów, zostało potem oddalone. Były to osoby, które zostały aresztowane, a w charakterze ich obrońców wystąpiło ACLU (American Civil Liberties Union). Wtedy byli wstrząśnięci, ale rozmawiałam z nimi kilka lat temu i obecnie uważają to aresztowanie za wychowawcze. Na temat tego incydentu i szczegółów o które pytasz, napisałam historię zatytułowaną „Busted”, opublikowaną przez Fantagraphics w „Best Comics of the Decade”, tom II, strona 106.

W 1984 roku pojawiłyśmy się z Melindą Gebbie przed sądem w Londynie, aby przekonać sędziego, że nasza praca nie jest pornografią. Nie udało się. Tony Bennett, nasz dystrybutor w Anglii, został ukarany grzywną, a około 550 egzemplarzy „Tits & Clits” zostało zniszczonych. Za tą historią kryje się dużo więcej, ale nie znam szczegółów.

Czy wasz kolejny wspólny projekt – „Abortion Eve” – trafił do klinik lub organizacji pozarządowych jako publikacja edukacyjna?

Tak. Sprzedałyśmy go do różnych postępowych klinik i kościoła. Nawet dzisiaj uważany jest za radykalny, ponieważ wyjaśniałyśmy w nim dokładnie kwestie emocjonalne i fizyczne dotyczące kobiety rozważającej aborcję. Komiks zostanie przedrukowany w książce o historii kontroli urodzeń, opublikowanej tej jesieni przez Penn State University Press.

Wolność seksualna, przełamywanie społecznych tabu, fizjologia, prawa reprodukcyjne. Jak na waszą twórczość patrzyły i oceniały organizacje feministyczne?

Organizacjom feministycznym w ogóle nie podobała się nasza działalność. Nie przestrzegałyśmy politycznej poprawności, a ruch kobiecy nie postrzegał kobiecego ujęcia seksualności jako priorytetu. To się zmieniło w ciągu 40 lat od wydania pierwszych „Tits & Clits”, a nasza praca stała się tematem zajęć z Women’s Studies.

Zawsze było wokół nas kilku ludzi o otwartych umysłach, którzy podzielali nasze pomysły i humor.

Z czasem twoje krótkie formy trafiły też do „Wimmen’s Comix”. Każdy z numerów miał swoją redaktorkę. Ty byłaś odpowiedzialna za numer 10. Jak wyglądała praca nad takim numerem? Sama wybierałaś autorki, prowadziłaś selekcję nadesłanych prac? Czy okładka świadomie nawiązywała do „Kota Fritza” Crumba?

Autorki „Wimmen’s Comix” najczęściej mieszkały w rejonie San Francisco, ale każdy mógłby przesłać komiksy do rozpatrzenia. Pamiętam, że do numeru 10. wybierałam prace według kryterium jakości scenariusza i spójności grafiki. Chciałam, aby ten numer był ciekawy i niezbyt poprawny politycznie. Nie traktowałam okładki jako nawiązania do „Kota Fritza”.

W 1973 roku w Berkley uczestniczyłyście z ekipą dziewczyn z „Wimmen’s Comix” w konwencie komiksu undergroundowego. Z jakim odbiorem spotkała się wasza twórczość „na żywo”, wśród uczestników i innych panelistów-mężczyzn? W końcu były to czasy, gdy kobiece komiksy wywoływały ogromne kontrowersje i krytykę.

Abortion Eve

Abortion Eve

Kolektyw przywitał nas entuzjastycznie, kierowany ciekawością kim były te kobiety z Południowej Kalifornii i jak to się stało, że wydałyśmy komiks kobiecy kilka tygodni przed premierą pierwszego zeszytu „Wimmnen’s Comix”. Niektórzy mężczyźni podziwiali naszą odwagę tworzenia komiksu o kobiecym spojrzeniu na seks. Inni, chcieli tylko wciągnąć nas do łóżka. To była przygoda, nasza pierwsza.

Kiedy rozmawiałam z Melindą Gebbie, przyznała, że nie było zgodności wśród twórczyń komiksu kobiecego. Zgodzisz się z tym stwierdzeniem? Czy, przynajmniej na początku działalności, istniały między poszczególnymi kolektywami skupionymi wokół różnych feministycznych tytułów: rywalizacja, konflikty?

Zgadzam się całkowicie z Melindą. Kobiety tworzące komiksy były czymś nowym i radykalnym i nie miały ustalonych „zasad”. Ponieważ żyłyśmy daleko od siebie, nie zdawałyśmy sobie sprawy z rywalizacji i konfliktów. Cieszyłyśmy się, po prostu, że zawieramy nowe znajomości.

Część z artystek tworzących w opozycji do treści magazynu „Zap”, dobrze wspomina kontakt z Robertem Crumbem, założycielem pisma. W „Special Exits” zalazły się podziękowania dla niego. Jak wyglądała twoja relacja z Crumbem?

Moja relacja z Robertem Crumbem zawsze była przyjazna. Spotkałam go tylko raz, na krótko. Od dawna odczuwałam wielki podziw dla jego zdolności twórczych, zarówno jego rysunków, jak i pomysłów na opowieści. Jest wolnym duchem, zawsze innowacyjnym, zniewolonym potrzebą rejestrowania tego, co czuje i myśli. Rozumiem dlaczego wiele feministek uważa, że jest nietaktowny, a nawet obrzydliwy. Nie wiem, jak on sam odbiera swoją twórczość, ale wszyscy zmieniamy drogę, jaką podążamy. Jest płodnym artystą, rysunki płyną z jego umysłu do jego ołówka. Nie jestem na bieżąco z jego ostatnimi pracami. Jestem mu winna i list, i wiele podziękowań za opinię na temat „Special Exits”.

Po etapie „Tits & Clits” i pojedynczych występach w różnych magazynach komiksowych w latach 80., podejmowałaś się jeszcze jakiś rysunkowych zleceń czy kompletnie odstawiłaś rysunek na kilka lat? Oprawa graficzna „Special Exits” nie wygląda na pracę kogoś, kto miałby długą przerwę w tworzeniu. Jest bardzo uporządkowana, przemyślana i nadaje lekturze rytm.

W latach 1987-1999 nie narysowałam niczego. Byłam zajęta zarabianiem na życie w absorbującej pracy, nie rysowaniem, a moi rodzice potrzebowali mojej pomocy. Nie miałam czasu na wymyślanie historii. W przeciwieństwie do innych uważam, że rysowanie to jest praca. Kiedy mam coś do powiedzenia, rysuję!

Do stworzenia „Special Exits” skłoniło cię doświadczenie ze śmiercią macochy w domu pomocy. Opowiadasz w nim historię jej i swojego ojca. Jak rozumiem, zawarte w komiksie sceny były przełożone z waszych wspólnych doświadczeń 1 do 1. Dlaczego zatem zdecydowałaś się na zmianę imion bohaterów?

Opowieści w „Special Exits” były bardzo osobiste i czułam, że atakuję prywatność moich rodziców. Nie chcieliby, żebym wystawiała ich publicznie, więc zmieniłam im imiona. Czułam, że koniecznie muszę zrelacjonować ich doświadczenia. Mój ojciec uczył mnie jak odejść z honorem, jak dbać o moją macochę, jak przygotować się na nieuniknioną śmierć. Większość rodziców nie przekazuje tych informacji swoim dzieciom czy innym opiekunom. Uważam, że ważne jest, aby o tym pisać. Czytałam kilka książek, które koloryzowały umieranie lub tworzyły z niego upiorne opowieści, lub w jakimś stopniu trywializowały. Stwierdziłam, że lekcje, które dostałam od mojego ojca były zbyt cenne, aby zachować je dla siebie.

W trakcie jednego ze spotkań autorskich przyznałaś, że przerysowałaś pierwsze 35 stron „Special Exits”. Sam proces tworzenia komiksu trwał 13 lat. Nie miałaś nigdy momentu zwątpienia: „a może by powierzyć scenariusz w ręce kogoś innego, kto go zilustruje”? Lubisz mieć kontrolę na wszystkim?

Dla tego komiksu istotne było, że mam kontrolę nad wszystkim. Ingerowałam w najbardziej osobiste doświadczenia moich rodziców, musiałam je dobrze narysować i właściwie oddać. Zajmowało mi to czas, rozważałam każdy niuans i starałam się dodać trochę pozytywów poprzez opisanie poczucia humoru taty i wybryków kota. W przeciwnym razie komiks mógłby stać się litanią nieszczęść.

Special Exits

Special Exits

Przyznałaś również, że rysowałaś komiks w czerni i bieli z przekonaniem, że być może będziesz musiała wydać go własnym sumptem. Od ilu wydawców otrzymałaś odpowiedź odmowną i jak ją argumentowano?

Miałam agenta, więc nie musiałam słuchać tłumaczeń. Opublikowałabym to sama, jeżeli nie udałoby się znaleźć wydawcy. Narysowałam komiks w czerni i bieli z dwóch powodów. Pierwszy to ten, o którym wspominałaś. Drugi: ponieważ nie wiem jak pracować z kolorem. Teraz uczę się używać akwareli na potrzeby przyszłego projektu.

Od wydania twojego ostatniego komiksu minęło już 7 lat. Przez ten okres zmieniła się władza w USA i tym samym wróciła m.in. kwestia praw reprodukcyjnych. Włączyłabyś się, np. na zaproszenie, w kolejny komiksowy projekt związany z aborcją lub prawami mniejszości?

Nie trzeba mnie zapraszać i nie muszę dołączać do projektu. Nadszedł czas na kolejny komiks! Kwestia praw reprodukcyjnych nigdy nie odeszła. Gdy tylko w 1973 r. aborcja stała się legalna w całym kraju, ciągle rósł ruch działający na rzecz zmniejszenia lub całkowitego ograniczenia prawa wyboru. Zaczynał powoli, a teraz jest bardzo duży, wspierany głównie przez ludzi, którzy uważają, że w porządku jest zmuszać kobietę do urodzenia albo co najmniej uczynić z aborcji czyn niegodny, zwykle z powodów religijnych. Trump ma gdzieś prawa kobiet.

Problemem jest, w perspektywie długoterminowej, że przeludnienie jest tak wielkim zagrożeniem dla naszej planety, jak zanieczyszczenie i zmiana klimatu. W rzeczywistości przeludnienie powoduje zmiany klimatu. Więc, priorytetem jest komiks na ten temat. Wyzwaniem będzie zrobienie czytelnego, zabawnego, przyjemnego komiksu, który będzie również edukował ludzi, jak podejmować w życiu rozsądne decyzje.

W 2014 roku ukazał się komiks Roz Chast „Can’t we talk about something more pleasant?” również podejmujący kwestię starzenia się i powolnego odchodzenia rodziców autorki. Miałaś okazję zapoznać się z nim? Jak traktujesz taki projekt: jako kopię swoich dokonań czy cieszy cię kolejna publikacja mająca na celu uwrażliwienie na problemy ludzi starszych?

Mamy z Roz Chast wspólnego przyjaciela i byłam z nią w kontakcie. Mocnym punktem jej komiksu wydaje się być pokazanie, jak bardzo ona i jej rodzicie byli nieprzygotowani na nieuchronne umieranie. Wydaje mi się, że mój komiks opisuje zagadnienie w sposób bardziej szczegółowy i kompletny.

Niektóre z artystek działających w latach 70. doczekały się zbiorczych wydań swoich prac. Publikowałaś w wielu magazynach m.in. „Mama!Dramas”, „Naughty Bits”, „Roxy Funnies”. Czy miałaś już propozycje wydania The Complete Joyce Farmer lub rozważałabyś wydanie takiej publikacji we własnym zakresie np. poprzez niezwykle popularne w obecnych czasach finansowanie społecznościowe?

Coś jest na rzeczy. Wybacz, ale nie mogę rozmawiać o szczegółach.

Rozmawiała Sylwia Kaźmierczak

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *