0

Katharsis przez rozczarowanie

jmm-oklPo 6 latach milczenia od słynnego debiutu „Fun home – tragikomiks rodzinny” Bechdel stworzyła kolejne dzieło, obok którego nie da się przejść obojętnie. „Jesteś moją matką?” właśnie zawitało do Polski i prawdopodobnie szybko stanie się komiksem, który każdy szanujący się czytelnik (nie tylko komiksiarz) powinien mieć na swojej półce. „Wszystko o mojej matce” w wersji Bechdel to wyczerpująca podróż przez psychoanalizę siebie (w procesie tworzenia dzieła) i analizę swojej psychoanalizy, którą może prześledzić czytelnik. Nie przypominam sobie komiksu, który tak bardzo wnikałby w tę formę terapii, tak przecież w naszych czasach popularną.

Jeśli „Fun home” był hołdem złożonym ojcu, którego córka – Bechdel, próbuje opisać i zrozumieć poprzez literaturę piękną, odniesienia do konkretnych tytułów, a czasem samych pisarzy, to „Jesteś moją matką?” jest książką stricte psychoanalityczną. Właściwie, jak ujmuje to autorka słowami matki, metaksiążką. Bechdel opisuje zdarzenia, opisując zdarzenia. Dokonuje własnej psychoanalizy, pisząc o psychoanalizie. Pisze książkę o matce, pisząc książkę o matce. Niemożliwym jest pisanie o „Jesteś moja matką?” w oderwaniu od „Fun home”. Po pierwsze sama książka opowiada o pisaniu wspomnień o ojcu, opisuje nawet moment wydania. Po drugie sama Bechdel zmusza nas do tego porównania najpierw pisząc wspomnienia o ojcu, a potem matce. Jakby stawiała przed nimi lustro za pomocą tych dwóch dzieł, a sama jest pomiędzy, choć właściwie używa ich by znaleźć się na zewnątrz. (Czy będzie trylogia? Opowieść o braciach, których w obu tych dziełach właściwie pomija?).

Książka podzielona jest na siedem części, z których każda zaczyna się opisem snu. Od początku mamy więc odniesienie do fundamentu psychoanalizy – interpretacji snów. Dla Bechdel wszystko, począwszy od sennych mar, skończywszy na rozbiciu głowy o deskę, ma swoje uzasadnienie i wyjaśnienie. Po freudowsku – nic, żadne wydarzenie czy myśl, nie jest bez znaczenia. Prowadzi nas przez świat, w którym różne, często z pozoru oderwane od siebie wydarzenia z jej życia, łączą się w całość. Bechdel pisze o matce: „Dzielę z nią ten przymus rejestrowania biegu życia”.
Układa porozrzucane puzzle, dzięki rozmowom, a właściwie biernemu słuchaniu (i spisywaniu) monologów swojej matki, czytaniu pamiętników, analizowaniu swoich związków, wertowaniu psychoanalitycznych podręczników i w końcu regularnym wizytom u terapeutki.
Czemu Bechdel decyduje się na tą dogłębną analizę swoich rodziców oraz swojej z nimi relacji? Czy chce po prostu poznać samą siebie? Poznać przyczyny swojej orientacji seksualnej („Fun home” – przejmowanie roli mężczyzny, ponieważ ojciec był zniewieściały), swoich nieudanych związków i potrzeby tworzenia („Jesteś moją matką?”). Czy może pisząc te dwie potężne książki, tak drobiazgowo opisujące zawiłe relacje rodzinne, Bechdel pragnie uwolnić się od swoich rodziców? Na wzór Virgini Woolf, która opisała swoją rodzinę we wspominanej często przez Bechdel „Do latarni morskiej”. Woolf wspomni potem w pamiętniku, że po wydaniu tej książki przestała mieć obsesję matki. Bechdel podłapuje ten wątek i czepia się go jako leitmotivu swojej potrzeby napisania książki o matce. Autorka chce upiec dwie pieczenie na jednym ogniu: chce poznać siebie uwalniając się jednocześnie od rodziców.
Sposób w jaki to czyni, sprawia, że Bechdel stawiana jest na jednej półce z autorami takimi jak na przykład Art Spiegelman. To, czego nie można odmówić Alison Bechdel to odwagi w dążeniu do prawdy, nawet jeśli to wymaga obnażania siebie i swoich słabości. Nie upiększa, nie zakrywa się fikcją, nie przebiera rodziny w kostiumy, nie buduje fałszywych scenografii. Bechdel jest do bólu szczera, a pamiętniki, zwykle pisane dla siebie, czyta nam po prostu na głos. To odwaga, na jaką stać niewielu współczesnych autorów. Czapki z głów.
W „Fun home” poprzez „Wielkiego Gatsby’ego” i postać Scotta Fitzgeralda, Bechdel analizowała ojca, a przez analizę ojca dochodziła do wniosków na swój temat. Tu autorka tylko pozornie skupia się na matce. Matka jest jedynie pośrednikiem, gdyż tym razem Bechdel tak naprawdę pisze głównie o sobie. Nie tylko odbywa bierne sesje terapeutyczne. Sama poprzez niezliczone lektury ojców psychoanalizy – Freuda, Junga czy jej ulubionego Winnicota – prowadzi nieustającą, drobiazgową analizę siebie, a terapia jest jednym, nie jedynym z etapów leczenia. Poprzez „Jesteś moją matką?” dokonuje na samej sobie eksperymentu, czyta o psychoanalizie, chodzi na terapię, a potem opisuje jak czyta o psychoanalizie, jak chodzi na terapię i to jest kolejnym poziomem tej psychoanalizy i terapii. Niewidzialna pępowina, która łączy ją z nieżyjącym ojcem i żyjącą matką, ciąży jej, ale momentami mamy wrażenie, że również sprawia masochistyczną przyjemność. Czy nie jest łatwiej przypisać winę za wszystkie swoje dziwactwa, nieudane związki i lęki komuś innemu? Wydaje się, że sama Bechdel musi dojrzeć do tej odwagi by sprostać prawdzie. A prawda nie brzmi wcale jak jedno z tych pięknych zdań czytanych w książkach Prousta, Fitzgeralda, Camusa („Fun home”) czy Virginii Woolf („Jesteś moją matką?”). Prawda, o czym później, jest jednym, brzydkim zdaniem.

Padło wcześniej ważne słowo w terminologii autorki – obsesje. Sama, jak opisuje, w dzieciństwie cierpiała na ZOK, czyli zaburzenia obsesyjno-konwulsyjne. Znamy ten opis z „Fun home”. W „Jesteś moja matką?” autorka do niego powraca i przypomina między innymi pamiętnik pełen niezrozumiałych bazgrołów. Obsesyjny wydaje się sam sposób opowiadania historii o matce, która jest tak naprawdę historią Bechdel, która pisze o matce pisząc o psychoanalizie. Ta wielowarstwowość jest zaletą i wadą książki. Jeśli „Fun home” połykało się, wchłaniało, a jego nielinearna kompozycja i nowatorska narracja prowadzona poprzez odniesienia literackie wciągała czytelnika, tak „Jesteś moją matką?” jest mozolnym przebijaniem się przez kolejne strony, które nie uda się bez iście akademickiej koncentracji i wnikliwej analizy – tej samej, którą proponuje autorka. Narracja nie płynie jak w „Fun home”. Jest drobiazgowa, czasem irytująca. Długie cytowane fragmenty dzieł Freuda i Winnicotta połączone z psychoanalitycznym „czepianiem się” autorki każdego fragmentu rzeczywistości, aż po drobiazgową (i umówmy się – niekoniecznie trafną) interpretację snów, ściąga komiks na grząski i momentami mdły grunt. To męcząca, ale i naprawdę godna podziwu, maniakalna wręcz analiza, krok po kroku, wstecz i wprzód, na wielu płaszczyznach nie tylko czasowych, ale i emocjonalnych. „Jesteś moją matką?” będzie więc lekturą bardzo wymagającą i nie dla każdego.
Autorka wyjątkowo sprawnie posługuje się „komiksowym czasem narracji”. Było to już widoczne w nielinearnym „Fun home”, a tutaj przeskoki czasowe są jeszcze silniejsze. Dzięki tym zabiegom Bechdel powoli, acz bardzo precyzyjnie dochodzi do celu. Jest w jej komiksach coś wręcz matematycznego, co znowu przywodzi na myśl jej zaburzenia obsesyjno-konwulsyjne. W „Jesteś moją matką?” przytacza rozmowę odbytą podczas sesji psychoanalizy, w której terapeutka sugeruje, że Bechdel boi się spontanicznego rysowania, jakby było „skazą” i naraziłoby ją na krytykę. O ile ta spontaniczność przebija w niektórych fragmentach „Fun home”, tak w „Jesteś moją matką?” całość jest precyzyjnie wykalkulowana i nie ma miejsca na przypadkowość. To kolejna siła/wada dzieła Bechdel. Nie zapominajmy o samej formie. Alison Bechdel jest wspaniałą rysowniczką. Rysuje bez nadęcia, bez popisywania się. Jej ilustracje są całkowicie podporządkowane historii. To wielka zaleta, bez tego balans między formą a treścią mógłby ulec zachwianiu i komiksy Bechdel popadłyby w pretensjonalny, przegadany banał. Wielką wartością autorki jest odkrywanie w komiksie nowych pokładów tego medium i nowatorskich możliwości narracji. Tym samym stawia bardzo wysoko poprzeczkę innym autorom, którzy jak ona przekraczają granicę komiksu jako lekkiej i łatwej rozrywki.

Do czego nas zmusza Alison Bechdel? Im bardziej brniemy przez tą niełatwą lekturę, tym bardziej doświadczamy autorefleksji, a to samo w sobie stanowi wartość dzieła Bechdel. Podziwiamy autorkę, którą męczy ciągła autoanaliza, ale ma odwagę, na jaką wielu z nas nie stać. Przejść niełatwą retrospektywę własnego życia, bez fantazjowania, koloryzowania, upiększania po to, by choć trochę zbliżyć się do prawdy o sobie, a także poznać i zrozumieć swoich bliskich. Przecież nasze odkrycia mogą okazać się rozczarowaniem. Sama autorka doznaje katharsis poprzez rozczarowanie. Matka nie może jej dać tego, czego Alison by chciała. Po prostu – nie może. Ktoś mógłby zapytać: czy naprawdę trzeba było 300 stron komiksu, żeby dojść do tak prostej, wręcz trywialnej prawdy? Trzeba, chociażby dla samego kunsztu Bechdel w tworzeniu historii i opowiadaniu o jakże zawiłym i potrzebnym poszukiwaniu samego siebie.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *