0

Dla pesymistów: śmierć

sierstka-oklStosunkowo niedługo musieliśmy czekać na drugi, po debiucie, album Marty Zabłockiej. To znaczy, że autorka połknęła bakcyla „bycia wydawanym”. Jak sama pisze o swoim kolejnym komiksie: „Nie mam złudzeń. «Sierstka» spodoba się niewielkiej grupie osób” i dalej o historiach zawartych w tym zbiorze: (to) „opowieści o emocjach (…) tęsknocie za bliskością.”

O ile „Znamy się tylko z widzenia” był dość nierównym, ale uroczym zbiorem pasków z bloga autorki, o tyle „Sierstka” usiłuje być komiksem pełnometrażowym i spójnym. Album składa się z dwóch opowieści: „Threesome” i „Przemiany”. Pierwsza, jak pisze autorka, jest o „rozstaniach z ważnymi osobami, z wyobrażeniami na czyjś i swój temat”. Druga o „pewnego rodzaju bezsilności wobec własnych, nie do końca nawet zidentyfikowanych impulsów. Pogoni. Niemożności pozostania w jednym miejscu. Poszukiwaniach. Schematach.” Czy rzeczywiście tyle treści zawartych jest w tym zbiorze? Sprawa jest sporna.

„Threesome” mnie nie ruszył. Nie mogłam przebić się przez formę. Mam ostatnio problem z modą na infantylne rysowanie. Zaczynam nią być zmęczona, a Zabłocka uprawia to na całego. W „Znamy się tylko z widzenia” taki styl wpasował się idealnie w zabawne paski popełniane przez autorkę. W „Threesome” zilustrowanie „lewą ręką” tekstu/wiersza o relacji z parą kobiet nie daje zamierzonego efektu. Dobry tekst nie ma oparcia w dobrym obrazie, a szkoda, bo temat emocjonalnych i seksualnych trójkątów to rzadkość w polskim komiksie. Dużo lepiej wypada „Przemiana – albo dla pesymistów: śmierć”. Będę okrutna, ale miałam na ten temat podobne zdanie już przy debiucie Zabłockiej – przydałoby się rezygnować ze „średniaków” na rzecz tych dobrych i wartościowych pomysłów. Przy pierwszym albumie, przy którym się bardzo dobrze bawiłam, wybaczyłam autorce, tę charakterystyczną dla debiutów, nieumiejętność wyboru. Takie wrzucanie wszystkiego, bo autorowi podoba się wszystko, co robi. Była to słaba strona tego albumu, ale przynajmniej dzięki temu dostaliśmy przekrój przez głowę Zabłockiej i pokaz jej talentu.

W „Sierstce” zostawiłabym tylko „Przemianę”. Autorka pisze, że fragmenty tych historii wydarzyły się naprawdę. Oczywiście, bez takiej informacji i tak byśmy o tym wiedzieli, bo Zabłocka konsekwentnie rysuje „siebie”. Tak czy siak, chciałabym wierzyć, że przemiana wydarzyła się naprawdę w całości. Wgapiałam się w kolejne kadry, z których płynęło przytłaczające poczucie osamotnienia, jakieś piętno wygnańca, smutek i chyba niepokój. Kilka rysunków mnie urzekło. Ten z morzem i dymkiem „Jeść mi się chce” chętnie oprawiłabym w ramkę, ale mam opory przed wyrywaniem kartek z komiksów. Charakterystyczna jest u Zabłockiej ciągła autoanaliza, wszechobecne ego autorki, unoszące się nad każdą historią. Pierwszym albumem Zabłocka z nami flirtuje, bawi się w bycie naiwnym i słodko-gorzkim króliczkiem, a potem w drugim zamienia się w coś, co nawet w niej samej budzi lęk.

„«Sierstka» spodoba się niewielkiej grupie osób”. Jestem gdzieś po środku, tak jak gdzieś po środku jest ten album. Ni dobry, ni zły, po prostu pewien etap w rozwoju Marty Zabłockiej. Debiut „Znamy się tylko z widzenia” – nierówny, ale konieczny, żeby zaistnieć, pokazać wachlarz możliwości, pokazać swoje zmienne nastroje. „Sierstka” dla garstki wytrwałych, takich jak ja, czekających na kolejne, dojrzalsze (nie znaczy smutniejsze) albumy Marty Zabłockiej.

Acha, jeszcze mała wątpliwość – te obszerne podziękowania na koniec.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *