0

Świat bez kobiet

fugaziJest początek lat 90., kilku chłopców u progu metrykalnej dorosłości zakłada klub muzyczny w Warszawie. Początkowo wszystko robią sami: od dogadywania się z właścicielem sali, przez zapraszanie zespołów, po rozklejanie plakatów na mieście. Z czasem angażują w to przedsięwzięcie wiele osób. Kiedy klub zaczyna żyć swoim życiem, do drzwi puka mafia. Mafia, o której w latach 90. krążyły legendy. Że trzęsie wszystkimi lokalami rozrywkowymi w stolicy. Że nie można otworzyć baru ani restauracji (zwłaszcza z alkoholem) bez ich udziału w zyskach. Że biada tym, którzy podziękują im za „ochronę”. Opowieść Waldemara Czapskiego, jednego z założycieli klubu Fugazi, narysowana przez Marcina Podolca, pozwala zweryfikować tamte plotki, obejrzeć pod lupą, jak działał układ między klubem, firmami ochroniarskimi, policją i mafią.

Fugazi to jednak przede wszystkim komiks o scenie rockowej i punkrockowej tamtych lat. Na jego łamach przewija się kilkadziesiąt zespołów i kilkaset osób. Wokaliści, gitarzyści, pałkarze, akustycy, oświetleniowcy, samozwańczy kaowcy, wschodzące gwiazdy estrad, takie jak Acid Drinkers, Kult, Hey czy Wilki i już niebawem medialne osobistości, takie jak Jurek Owsiak czy Marek Kotański. W Fugazi goszczą także już wówczas znani i uznani: Nalepa, Janerka, Kora, Niemen. Czasem na scenie, czasem pod sceną, bo na kilka miesięcy Fugazi awansuje do roli muzycznego pępka Warszawy.

Wśród obfitego grona muzyków, osobistości, założycieli i przyjaciół klubu uderza brak kobiet. Brak potrójny: nie ma ich na muzycznej scenie, nie ma ich w narracji Czapskiego i wreszcie nie ma ich na komiksowych planszach Podolca. Czapski nie zadaje sobie pytań, dlaczego w klubie, który współprowadził, wystąpiło zaledwie kilka kobiet, dlaczego nie było wtedy kobiecych zespołów, dlaczego nie widywał wówczas kobiet grających na perkusji, basie, gitarze. Jednak charakter jego opowieści daje na to pytanie odpowiedź. Czapski bezrefleksyjnie powiela wykluczający wzorzec rockowej i punkrockowej sceny lat 90. nie zauważając kobiet w roli innej niż czyjaś żona, dziewczyna lub kochanka. Jeśli w jego wspomnieniach pojawia się postać kobieca, niemal zawsze komentuje on jej wygląd, wyjątkowo rzadko natomiast wymienia jej imię, ksywę i nazwisko. W świecie, o którym ze swadą i aprobatą opowiada, kobiety występują w dalekoplanowej roli estetycznego umilacza życia. Wypełniają bezimienny tłum pod sceną.

Wyjątek od tej reguły stanowi kilka ledwie wspomnianych wokalistek: Kasia Nosowska, Nika z Post Regimentu, Anja Ortodox. Jednak wyrazy swojego szacunku i podziwu rezerwuje Czapski dla wokalistów męskich. Jedyną kobietą, której narrator poświęca więcej uwagi jest menadżerka Katarzyna Kanclerz, opisana przez niego jako wredna, kłamliwa sucz. Widać trzeba było być zdzirą, by przebić się do świadomości chłopców z tamtych lat inaczej niż jako „ładna” lub „żona Iksińskiego”.

Marcin Podolec, który opowieści Czapskiego wysłuchał i który potem ją narysował, całkowicie się tej opowieści poddał. Brak kobiet nie wydaje się go zaskakiwać. Nie zadaje o ten brak pytania – ani Czapskiemu, ani sobie. Jego świadomość tego braku nie rejestruje. I dlatego aż nazbyt dobitnie utrwala go jego rysunek. Nawet na planszach obrazujących spontaniczne klubowe imprezy lub zbiorowe burze mózgów osób zaangażowanych w tworzenie klubu Podolec rysuje niemal wyłącznie mężczyzn.

Wraz z brakiem kobiet, opowieści o klubie Fugazi brakuje informacji o materialnym zapleczu jego pracowników. Kim byli rodzice założycieli – młodych chłopców, z których pewnie żaden nie miał przecież swojego mieszkania, nie był samodzielny finansowo, nie założył jeszcze rodziny? Jak ich rodzice zareagowali na pomysł nastoletnich synów, by prowadzić klub? Z czego żyli Czapski i jego koledzy? Skąd mieli pieniądze na rozruch klubu? Na pite pod blokiem wino? Na samochód, którym wozili do klubu sprzęt? Czy wracali do domu na noc? Czy wpadali do mam po kanapki? Czy siostry albo koleżanki przynosiły im do raczkującego klubu termosy z zupą? Kto prał ich ubrania, zapełniał ich lodówki i umierał o nich ze strachu, gdy do Fugazi wpadali skinheadzi? Kto im pomógł zorganizować życie na nowo, gdy musieli ukrywać się przed mafią? W Fugazi nie ma o tym słowa, przez co opowieść Czapskiego staje się nieco płaska, brzmi chwilami monotonnie i robi wrażenie wybrakowanej. Tak jakby narrator, poza scenicznymi światłami, niewiele wokół siebie zauważał. Za obraz rodzinnego zaplecza wystarczyć musi komiksowa scena, w której jeden z założycieli klubu wraca do domu po kilku dniach nieobecności i dostaje od matki w twarz, bo zapomniał się stawić na wielkanocne śniadanie.

Komiks Fugazi to ciekawy komiks o ciekawych czasach. I zarazem smutny komiks o rockowym i punkrockowym świecie bez kobiet. Oraz o tym, że brak ten po ponad dwudziestu latach przyjmowany jest przez pokolenie dzisiejszych dwudziestolatków z afirmacją, bez cienia zdumienia.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *