1

Problem z niebieskim

blue-warmest-colorOchłonęliśmy już nieco po burzliwej premierze „Życia Adeli, rozdział 1 i 2”. Wiele zostało napisane i powiedziane. Podsumujmy:

1. „Życie Adeli rozdział 1 i 2” Abdellatifa Kechiche’a to pierwsza adaptacja komiksu, która dostała Złotą Palmę w Cannes.

2. Autorka komiksu, Julie Maroh, odżegnała się od jego filmowej wersji i zarzuciła reżyserowi, że w filmie za mało jest lesbijek, a głównym wątkiem reżyser uczynił seks, a nie trudne relacje z otoczeniem osób odkrywających swój homoseksualizm.

3. Aktorki grające główne role: Léa Seydoux i Adèle Exarchopoulos, zapowiedziały, że nigdy więcej nie chcą pracować z reżyserem. Obie zarzuciły mu tyranizowanie i przekraczanie granic reżyser-aktor, głównie w scenach seksu.

4. Film podzielił widownię i nie pozostawił nikogo obojętnym.

Skupmy się na czymś, czego w Polsce nikt jeszcze nie robił: na porównaniu samego filmu do oryginalnego dzieła Maroh.

Naiwnie wierzyłam, że sukces komiksu zachęci polskich wydawców do sprowadzenia tej pozycji na polski rynek. Czemu tak się nie stało? Nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć. Sama na komiks trafiłam przypadkiem w lutym tego roku, grzebiąc w bibliotece w Hiszpanii (tak tak, mają tam wielką ścianę z komiksami). Tam właśnie trafiłam na „Le bleu est une couleur chaude” (Niebieski to najcieplejszy kolor). Po przeczytaniu zajrzałam do internetu i znalazłam wiadomość, że właśnie powstaje filmowa adaptacja komiksu. Nie wiedziałam wówczas, że z tej dość skromnej pozycji powstanie tak ważny, a na pewno kontrowersyjny i odważny film.

blue-warm (1)

fot. Arsenal Pulp Press

W komiksie Julie Maroh zaczyna od końca. Widzimy samotną Emmę, która smutna zagłębia się w pamiętniki nieżyjącej Clementine (Adeli). Powoli poznajemy historię dobrze już znaną z filmu. Celmentine jest nastolatką powoli odkrywającą swoją seksualność. W klasie ma kilka koleżanek, najlepszego przyjaciela, a od jakiegoś czasu również chłopaka. Ot, zwykła nastolatka. Pewnego dnia Clementine widzi na ulicy tajemniczą dziewczynę o niebieskich włosach, od tego dnia wszystko w jej życiu ulegnie zmianie. Bohaterka nie przestaje myśleć o niebieskowłosej dziewczynie, jej sny stają się coraz bardziej erotyczne. Chłopak się oddala, a bohaterka choć śmiertelnie przestraszona swoich myśli, niesiona wewnętrznym impulsem brnie dalej w poszukiwaniu własnej tożsamości. W ten sposób trafia do baru dla lesbijek, gdzie zastaje obiekt zakazanego pożądania – Emmę. Od tego momentu podróżujemy z nimi wgłąb niełatwych decyzji i niełatwej miłości. Bohaterka przewartościuje wszystkie znane sobie normy, wpojone przez otaczającą ją heteroseksualną kulturę.

Bardziej niż w pierwszym rozdziale filmu, w komiksie – wyeksponowany jest wątek niepewności Emmy, jej związek z inną dziewczyną, którego nie potrafi przerwać, a przede wszystkim rozdzielający dwa etapy życia Clementine/Adeli wątek odrzucenia przez rodziców. Kechiche, oskarżany zresztą przez Maroh, o to że najwyraźniej nie w smak mu było skupianie się na społecznym aspekcie miłości dwóch kobiet, w filmie zupełnie z niego zrezygnował, ograniczając się do dość płytkiego, wręcz humorystycznego porównania tolerancyjnej, artystycznej rodziny Emmy z zaściankowymi rodzicami Adeli. U Maroh moment, w którym rodzice Clementine dowiedzą się o jej związku z Emmą, jest przysłowiowym „końcem niewinności” i ma wymiar kluczowy. Każda miłość zmienia człowieka i jego życie, ale „taka” miłość – nieakceptowana, piętnowana – zadaje ciosy również z zewnątrz. Te ciosy zadają osoby, u których zawsze szuka się poparcia. Osoby, które powinny kochać nas bezwarunkowo – nasi rodzice. Po tym jak Clementine i Emma zostają wyrzucone z ich domu, czas przyspiesza. Rozdział drugi w komiksie jest już właściwie epilogiem. Dowiadujemy się jak długo dziewczyny były razem, jakie konflikty i problemy narosły przez lata wspólnego życia, po czym jesteśmy świadkami ich burzliwego, zasmucającego rozstania.

Jakie refleksje płyną z tego podwójnego, komiksowo-filmowego, odbioru historii Clementine/Adeli i Emmy? Mam wrażenie, że wszędzie tam gdzie Maroh zbrakło odwagi Kechiche posuwa się krok dalej, dlatego historia, którą nam opowiada jest bardziej mięsista, wręcz namacalnie fizyczna. U Maroh Clementine nie odważy się uprawiać seksu ze swoim chłopakiem, u Kechiche’a tak. Czyżby pokutowało przeświadczenie, że kobieta może stać się lesbijką tylko wtedy kiedy pozna seks z mężczyzną i przestraszy się go? U Maroh jest subtelniej, bardziej skupiamy się na uczuciach, na relacjach z otoczeniem. U Kechiche’a mamy natarczywe zbliżenia śliniącej się i zasmarkanej Adèle Exarchopoulos, wyłażą na wierzch bebechy symbolizowane przez wszechobecne spaghetti bolognese, alkohol, dużo tańca i seksu. Wszystko jest silnie fizyczne, a miejscami wręcz fizjologiczne.

blue-warm (2)

fot. Arsenal Pulp Press

Film, bardziej od komiksu, podkreśla różnice społeczne między bohaterkami. Buduje przed Emmą wielki mur, którego Adela nie jest w stanie przeskoczyć. W komiksie ich konflikty osadzają się bardziej w obrębie rozumienia i zaangażowania w tożsamość seksualną. Clementine, jak sama mówi, interesuje tylko miłość i wspólne szczęście. Emma oskarża ją o egoizm. Jest zaangażowaną działaczką, silnie przeżywająca to, co dzieje się w kraju, a co dotyczy środowiska LGBT. Sama Emma, u Maroh jest pełna wątpliwości, czuła i kochająca, jest bardziej niż w filmie wielowymiarowa. U Kechiche’a Emma jest wyrachowana, zimna, odległa. Wyrzuca Adele z domu, po tym jak ta przyznaje się do zdrady, ale sama flirtuje z innymi. Jest egoistyczna, zapatrzona we własną karierę, a Adele służy jako miły dodatek muzy do jej wizerunku artysty. Mamy tu do czynienia z wręcz heteronormatywnym ujęciem ich związku. Usłużna, potulna Adela, gotująca dla sfory przyjaciół Emmy, która pławi się we własnym ego. Adele jest żoną, która potrzebuje ciepła od męża – Emmy, a kiedy go nie dostaje, zdradza, bez miłości, raczej z poczucia bezsilności. Owo patriarchalne ujęcie ich związku jest kolejnym ważnym przesunięciem filmu wobec komiksu. Nie dziwota, że zaangażowana w problematykę LGBT Julie Maroh odżegnała się od dzieła Kechiche’a.

Są więc różnice, są i podobieństwa. To co dla mnie ważne i od czego nie możemy się odciąć, wciągając się w zdystansowany dyskurs o granicach przyzwoitości na zmianę z pretensjami o nie dostateczną „lesbijskość” filmu, jest to, co wspólne dwóm dziełom – miłość. Ujęcie miłości tak u Kechiche’a jak u Maroh jest bardzo podobne. Ta pierwsza, ogromna, wypełniająca sobą wszystko miłość. Ta miłość może człowieka uskrzydlić i może zabić. Adela rzuca się w nią bez strachu, jeszcze nie wie jak to boli i przyjmuje na siebie wszystkie konsekwencje, te dobre i te najgorsze. Każdy z nas tak się rzucił i nie ukrywajmy – każdego ta miłość zabiła.

Z jednej strony mamy mainstreamowy film o miłości lesbijskiej, a zarazem pierwszą adaptację komiksu, która została wyróżniona Złotą Palmą na jednym z najbardziej prestiżowych festiwali, dzięki czemu sam film (a z nim komiks) trafi do milionów widzów i czytelników. Z drugiej, autorka komiksu odżegnuje się od jego filmowej wersji, a tzw. środowisko nie zostawia na Kechiche suchej nitki. Racja na pewno leży po środku. Mniej więcej tak, jak w dyskusji o przekraczaniu granic przez reżysera wobec aktorek. Léa Seydoux i Adèle Exarchopoulos z jednej strony oskarżają Kechiche’a o tyranizm, o przekraczanie seksualnych barier w eksponowaniu i eksploatacji ich ciał, z drugiej strony bez skrępowania występują razem w licznych rozbieranych sesjach zdjęciowych, razem reklamują Miu Miu, obejmują się i całują przed fotoreporterami. Kolejne zarzuty dotyczą urody aktorek. Według środowiska LGBT aktorki są zbyt ładne, a dla Maroh problem stanowi to, że nie są lesbijkami. Przepraszam, ale się zgubiłam – czy aktorstwo ma dążyć do zrównania z rzeczywistością, aż dojdzie do zatarcia granic między grą a życiem, jak w niedawnym „Holy Motors” Leosa Caraxa? Jeśli idzie o zarzut dotyczący urody, no cóż w komiksie bohaterki też są ładne, więc pretensje można kierować do samej Julie Maroh.

zycie-adeli

fot. Gutek Film

Muszę przyznać, że cała dyskusja wokół filmu, trochę zaburza jego odbiór. Osobiście staram się zostawić go tym, którzy takie dyskusje lubią i skupiam się raczej na pozytywnych aspektach powstania filmowej adaptacji komiksu „Le bleu est une couleur chaude”. Dla mnie oba dzieła, wspólnie i oddzielnie, pozostaną opowieścią o miłości. O trudnej, a zarazem uskrzydlającej, jedynej w swoim rodzaju miłości między kobietami. Co ważne i dla mnie kluczowe – tam gdzie Maroh zabija bohaterkę, wprawiając komiks w nieprzyjemny melodramatyzm i jakby uwalniając się od brzemienia zakończenia, Kechiche ma więcej odwagi. Zostawia ją z tym życiem, które już nigdy, pod każdym względem, nie będzie proste jak przedtem. Już nigdy Adele nie zakocha się po raz pierwszy, już nigdy nie będzie niewinna, czysta, nietknięta bólem i rozczarowaniem. Już nigdy nie będzie dla niej oczywistą i jednowymiarową sama miłość i seksualność.

Wiem, że środowisko LGBT jest zniecierpliwione, zirytowane brakiem zrozumienia, społecznej akceptacji, ciągłą walką o sprawy dla nas oczywiste. Tak, to prawda, heteroseksualny mężczyzna, nie jest w stanie opowiedzieć historii lesbijskiej miłości w 100% wiarygodnie. Ale czy nie jest wielkim krokiem naprzód, że te historie się opowiada, nie tylko na małych festiwalach, dla „wtajemniczonych”, ale również na międzynarodowej scenie? Co jest ważniejsze? To, że procentowo nie jest on doskonały, że procentowo wielu ludzi nie odbierze tego tak, jakbyśmy chcieli? Czy to, że temat jest podejmowany i inni reżyserzy dzięki temu i podobnym dziełom dostaną zielone światło do realizacji kolejnych filmów o podobnej tematyce?

Acha, są też sceny seksu zajmujące 3,6 procent filmu. Możecie o nich poczytać w 99 procentach innych recenzji.

Dziękujemy wydawcy za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Zobacz także:

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *