1

Rzeczy, które zdarzają się w życiu… Wywiad z Melindą Gebbie

wywiad do przeczytania także na Gildii Komiksu

Podczas jednego ze spotkań autorskich wspomniałaś, że twój ojciec wykonywał ilustracje pięknych kobiet i to on nauczył cię rysować. Czy obcowanie z kobietami jako bohaterkami ilustracji miało wpływ na twoje późniejsze obracanie się wokół zagadnień czysto kobiecych w komiksach? Patrząc na twoją twórczość wydaje mi się, że lubisz opowiadać o kobietach i do nich, jako głównych odbiorczyń, się zwracać.

Zawsze tak się jakoś składało, że cokolwiek robiłam publicznie, dotyczyło kobiecych kwestii. Byłam zawiedziona ruchem feministycznym. Uważałam, że wszystko poszło źle bo nie było porozumienia i wiary w to co kobiety chciały osiągnąć. Kobiety od zawsze były bardzo mądre w swoich społecznych strategiach, ale podchodziły do nich w męski sposób i traciły grunt. Młodsze pokolenie kobiet nie bardzo obchodziło co feminizm chciał osiągnąć i czym jest. Ale, podobnie jak wiele innych zagadnień, chodziło o strategię, o dalekosiężne plany i wspieranie innych kobiet. I największą bolączką feminizmu było to, że kobiety zmieniały swoje stanowisko zależnie od puntu w jakim chciały się znaleźć.

Grupa kobiet, którą spotkałam w San Francisco, byłyśmy takim trochę wzorcem szerokich problemów feminizmu. Miałyśmy świadomość tworzącej się grupy, w której będziemy mogły robić wszystkie te rzeczy, które inne robią w ograniczony sposób. Żadna z twórczyń nie była brana poważnie. Było w tamtym czasie około czterdziestu mężczyzn i grupa siedmiu, może ośmiu kobiet. My rysowałyśmy, oni się z nas śmiali. Zawsze twierdzili, że kobiety nie potrafią rysować samochodów, ludzi, itd, itd. Stałam się pierwszą kobietą, której prace zdawały się mieć moc oddziaływania. Zawsze chciałam być na ustach innych, tak jak są mężczyźni. Mężczyźni uczestniczyli w panelach dyskusyjnych, nas nie zapraszano. Odbył się raz taki panel w trakcie konwentu w San Diego. Jeden z uczestników stwierdził, że kobiety nie mają popędu płciowego. Była to jedna z wielu rzeczy jakie wówczas o nas powiedziano. Byłam obecna na widowni więc odparłam mu na to: “posłuchaj, nie wiem czy wciąż mieszkasz ze swoją matką, ale kobiety mają popęd płciowy i mają mocne i ugruntowane opinie o seksie. Są po prostu na tyle miłe, że nie chcą z wami o tym dyskutować, ponieważ nie jesteście tego warci.” Na sali zapanowała cisza, ponieważ padło otwarte wyzwanie ze strony kobiety, w męskim świecie, w którym nie miałyśmy prawa głosu. To był dopiero początek.

Czy to prawda, że w latach 70. Lee Marrs stworzyła wasz kobiecy kolektyw?

Lee Marrs była jedną z osób, które się do tego przyczyniły. Trina Robbins, Dori Seda dołączyły później. Lee, jako osoba najbardziej otwarta i sprawiedliwa, była bardzo ważnym ogniwem założycielskim naszej grupy.

W „Wimmen’s Comix” sporo historii dotyczyło zwyczajnych kwestii kobiecych. W porównaniu z innymi twórczyniami przodowałaś jeśli chodzi o seks, erotyczne zabawy i tematy. Czy bycie nazwijmy to „niegrzeczną” autorką nie powodowało konfliktów w waszym kolektywie bądź dodatkowych problemów dla samej antologii?

Mówiono o mnie różne nieprzyjemne rzeczy. Byłam postrzegana jako wariatka, a mężczyźni mieli do mnie pretensję, bo byłam równie bezpruderyjną artystką jak oni. Lee była dla mnie bardzo miła i pomocna. Inne kobiety, nie wierzyły, że ich przekaz ma moc, wycofywały się, nie wspierały wzajemnie i przez to stawały się niewidoczne. To była ich decyzja. Ja robiłam to, co uważałam, że ktoś powinien zrobić. To był najwyższy czas by przestano patrzeć na kobiety-twórczynie jak na wybryk i się z nich naśmiewać. Raz, Robert Crumb powiedział mi w prywatnej rozmowie, że uważa mnie za artystkę lepszą od siebie.

Masz wciąż kontakt z którąś z ówczesnych koleżanek z kolektywu?

Nie widziałam się z Lee. Miło by było coś od niej usłyszeć, ale nie wiem gdzie ona się teraz podziewa. Dori Seda niestety zmarła. Była ważną twórczynią. Fantastyczne są Mary Fleener i Krystine Kryttre, tworząca bardzo interesujące prace. Roberta Gregory jest bardzo zabawna i jestem jej wielką fanką. Zawsze się cieszę gdy mam okazję ją spotkać. Inne kobiety, nie wiem co u nich. Nigdy nie śledziłam ich karier. Żyjemy w mieście, gdzie nie ma dobrego dostępu do komiksów.

A co z Triną Robbins?

Nie chcę powiedzieć czegoś nieuprzejmego. Nigdy nie było między nami chemii i na tym poprzestańmy.

Twój komiks „Fresca Zizis”, został zakazany w Anglii, a jego nakład spalony. Byłaś uczestniczką procesu sądowego. Jak do tego doszło?

„Fresca Zizis” została odrzucona przez Knockabout Comics które było jedynym importerem alternatywnych i undegroundowych komiksów. Wytoczono mi proces, a przecież „Fresca Zizis”, pasowała do ich profilu wydawniczego. Interesującą rzeczą w całej tej sprawie jest to, że ojciec Richarda Bransona, potentata, właściciela Virgin Group, był sędzią w tej rozprawie. Mój komiks był na wystawie jednego ze sklepów Bransona tylko przez kilka tygodni. Musiałam się tłumaczyć z treści „Fresca Zizis”, ponieważ nie było i nie ma dobrej definicji tego, co jest postrzegane jako obsceniczne. To znaczy, ok, zgodzę się, że „Lost Girls” są obsceniczne, ale „Fresca Zizis” była jedynie opowieścią o różnych rzeczach, jakie zdarzyły się w moim życiu. Nie narysowałam tego komiksu by, jak mówiono, zawstydzać, ani by podniecać. Był to rodzaj artystycznego opowiadania, fragment życia jakim żyłam. Stałam przed sądem i powiedziałam sędziemu dokładnie to samo. Oczywiście sędzia uznał komiks za obsceniczny i nakazał jego zniszczenie. Narysowałam potem historię z rozprawy posługując się japońską stylistyką. Pracuję nad projektem dokumentu, który trafi na Youtube i ten mały japoński poemat również się tam znajdzie.

„Fresca Zizis” nie spodobała się chyba także w muzeach?

Mamy w San Fransisco muzeum sztuki. Przyniosłam „Fresca Zizis” na wystawę komiksu undegroundowego i zostawiłam kilka egzemplarzy na stole. Asystentka kuratora przyszła do mnie i powiedziała „nie możesz trzymać swojego sprośnego komiksu na naszej wystawie”. Potem byłam u niej w gabinecie i widziałam, że w szufladzie w biurku ma „Fresca Zizis”.<śmiech>

Skoro już rozmawiamy o kobiecych komiksach undregroundowych to zastanawia mnie jedna rzecz. Żona Roberta Crumba, Aline Kominsky, tworzyła do feministycznych komiksów, ilustrując zarazem historie Roberta. Z jednej strony działalność w kolektywie kobiecym, z drugiej ilustrowanie mizoginistycznych scenariuszy męża. Widzę tu pewną niekonsekwencję.

Aline podąża bardzo ciekawą ścieżką artystyczną. Inne osoby w kolektywie wypowiadały się dobrze o jej pracach. Język artysty to jego wybór. Język Aline jest bardzo wyrazisty. Robert Crumb to bardzo charyzmatyczna osoba, uznana w Niemczech za geniusza, a my w San Fransisco byłyśmy postrzegane tylko jako wariatki o brudnych myślach. Crumb i Aline mają swoją osobistą relację, która objawiła się twórczo np. poprzez „Dirty Laundry”. Zasadnicze pytanie powinno brzmieć czy jest szczęśliwa, czy spełnia się jako twórczyni? To trochę podobna sytuacja, jak moja i mojego męża. Jest pisarzem, pracuję z nim. Jeśli poślubisz kogoś kto jest znany, zawsze będziesz w cieniu. Jak Frida Kahlo i Diego Rivera. To jest bardzo dobry przykład. Kochała Diego, on był dla niej dobry. Diego był bardzo sławny, bogaty, a ona prawie nie miała wykształcenia. Ludziom wydawała się piękna i egzotyczna, ale zdawali się mało zainteresowani jej sztuką. Po tym jak oboje zmarli okazało się, że sztuka Fridy to sztuka wolności, a działalność Diego ma podłoże polityczne. Jej język jako artystki dotyczył jej ciała, zdrowia, emocji, sytuacji. Uwielbiam prace Aline i uważam, że jest niezwykle osobliwa. Nie znam Crumba za dobrze, ale rozumiem, gdy ktoś się w kimś zakochuje. Crumb ciężko pracuje i cieszy się dużym respektem, ale chciałabym zobaczyć co stanie się gdy oboje odejdą. Ponieważ artystyczny język Aline, podobnie jak Fridy, jest bardzo wyrazisty. Zgodzę się z tobą, Crumb jest bardzo seksistowski w tym co robi i w tym o czym opowiada. Miałam kiedyś rozmowę na ten temat z moim mężem. On lubi twórczość Crumba i twierdzi, że Robert się po prostu bawi motywami. A ja mu odparłam, że on rysuje to co go fascynuje. Nie przedstawia rzeczy w sposób pokazujący że seksizm jest zły, on cieszy się na rysowanie kobiet w taki sposób w jaki to robi. Aline ma wielką wolę walki jako artystka i jeszcze większą wolę bycia żoną kogoś kto jest uznaną gwiazdą na tym polu. Nie znam jej osobiście, nie spotkałam jej nigdy gdyż nie była zapraszana na spotkania. Opuścili z Robertem miasto. To jedynie moje artystyczne spojrzenie na jej sztukę.

Zaskakujące, że twoje komiksy zostały odrzucone przez kobiecy magazyn erotyczny redagowany przez Lily Pond, gdyż były zbyt sprośne. Przecież chyba o to powinno chodzić w pracach dla takiego magazynu, żeby nie pokazywały ugładzonej erotyki spod kołderki?

Główną rolę odegrał tu konflikt „kobiece gusta kontra seksualność”. Lily dobierała historie według własnego poczucia tego, co lubią i akceptują kobiety, a dla niej była to typowa zmysłowość. Dobrze by w takim komiksie kobiety siedziały przy stoliku w kawiarni, ponieważ w takiej historii nic nie idzie za daleko. To bardzo cienka linia. W jednej chwili kobiety cię aprobują, a za chwilę wkraczasz na grunt na którym musisz być cholernie dobra, bo w przeciwnym razie ludzie zaczną uważać, że masz nieprzyzwoite myśli. Przekroczyć tę linię i wciąż tworzyć piękne komiksy, to było trudne.

W twoich komiksach dużo było strachu, cierpienia, zemsty ubranych w erotykę. Wszystko to była czysta fantazja czy przemycałaś tam doświadczenia swoje bądź znajomych?

To były ponure czasy. Próbując podboju, same stawałyśmy się ofiarami. To było tak jak gdyby być w obcym mieście, bez mapy. Nagle zdawałaś sobie sprawię, że byłaś ciągle upokarzana przez ludzi. Każdy po prostu próbował przełamać jakąś barierę. I w tym procesie, w tych następujących zmianach wiele z nas ucierpiało. Nie masz mapy, nie wiesz gdzie się przemieszczać. Ja poruszałam się jak najlepiej umiałam za pomocą moich rysunków. W życiu osobistym byłam o wiele bardziej tchórzliwa niż chciałam być więc wracałam do domu i rysowałam historie o zemście. Doświadczałyśmy, ja i moje koleżanki, masy upokorzeń więc musiałyśmy odreagować. W moich komiksach wszystko pochodzi z moich pamiętników, wciąż je przechowuję.

Twoja historia, jak dostałaś się do ekipy producenckiej animacji „When the wind blows” była dość niezwykła. Opowiedz mi o tym.

Przyjechałam do Anglii z moim chłopakiem, później mężem, następnie on wrócił do Ameryki bo tam czekała na niego praca. Ja nie miałam pieniędzy na podróż do San Francisco więc zostałam w Anglii. Byłam akurat w kawiarni w Soho, dwóch ludzi rozmawiało tam o kimś, kto produkuje film „When the Wind Blows”. Czytałam książkę, byłam też zaangażowana w antynuklearny ruch w USA i w Wielkiej Brytanii. Dowiedziałam się z tej rozmowy gdzie znajduje się studio, wysłałam tam kilka listów referencyjnych i na szczęście zgodzili się mnie przyjąć do ekipy. Pracowałam nad filmem przez jedenaście miesięcy. Dużo nas było, tworzyliśmy w małych prywatnych pokojach. Czasem zostawaliśmy na nadgodziny w nocy by trzymać się deadlinów. Budżet produkcji został przekroczony już na wstępie. Gdy zaczęłam tam pracować zadzwoniłam do męża z informacją, że wracam do domu, a on odparł, że mam sobie poszukać nowego. Zostałam więc kontynuując prace nad tym antynuklearnym filmem. W trakcie prac straciłam męża, był miłą osobą, ale uważam, że film jest ważniejszy. Jestem bardzo, bardzo dumna, że uczestniczyłam w jego powstaniu.

Od zawsze tworzyłaś rysunki różnorodne stylistycznie, często czerpiące z mitologii i historii. Ułatwiło ci to późniejszą pracę nad „Lost Girls”?

Alan spisał cały scenariusz nim zaczęliśmy pracować nad „Lost Girls” i podzielił go na 8-stronicowe segmenty ponieważ myśleliśmy, że będzie się ukazywał w magazynie. Pytał się mnie o wiele rzeczy, zwłaszcza w rozdziale z wyspą i o wszystkie pastisze w Białej Księdze. Alan chciał dać mi dużo rzeczy do narysowania ponieważ wiedział, że lubię ciągle zmieniać mój styl. Najbardziej w rozdziale ze Stravinskym. Dzięki „Lost Girls” miałam możliwość szerokiego eksperymentowania, co było dla mnie bardzo emocjonujące, ponieważ nie wiedziałam jaki będzie ostateczny efekt.

Jak często zdarzało ci się poprawiać ilustracje do „Lost Girls” i czy był to efekt twojego niezadowolenia czy sugestii Alana?

Alan miał kilka równoległych projektów, nad którymi pracował przez te lata, więc na „Lost Girls” mieliśmy czas trzy razy w tygodniu. Zaczął przygotowywać bardzo szczegółowe opisy poszczególnych scen. W efekcie zdarzało się, że robiłam złe szkice, gdyż byłam zmieszana tym nadmiarem informacji. Prosiłam go wówczas by zrobił kilka mikro szkiców dla mnie abym mogła wiedzieć jak powinien wyglądać stół, gdzie powinni stać ludzie itd. Kompletnie przerysowałam jedynie dwie strony z sekwencji cieni w trzecim rozdziale. Czasem musiałam walczyć o własną wizję, na przykład gdy zbyt upraszczał. Chciałam dodać więcej ekspresji na twarzach postaci, więcej sprawiedliwości w kadrach. Nie lubię cięć by dojść do „tego” punktu, ponieważ oglądanie scen „przed” czy „po” danej sytuacji jest bardziej interesujące.

Od lat współpracujesz z Alanem Moorem – „Cobweb”, 16 lat prac nad „Lost Girls”. Przez ten cały czas nigdy nie miałaś ochoty stworzyć jakiegoś własnego komiksowego projektu?

Znasz „Seven Ages of Women”? Powstało dla Knockabout. Każda z artystek miała do opowiedzenia pewien etap z życia i mnie przypadł wiek 8-9 lat. Więc stworzyłam historię o dwóch dziewczynkach, które jadą na letni obóz. Jest tu odrobinę agresji, dziewczyny na siebie wymiotują, wymykają się w nocy do chłopaków. Jest dziwna, ale ją lubię. Będzie też zawarta w tym dokumencie na Youtube.

Lubiłam też „Cobweb” ponieważ miałam kontrolę nad tym co chciałam narysować. Alan mógł pisać zabawne dialogi, ale zawsze robił to pod kątem tego, co ja chciałam narysować. Wiedział, że jeśli nie będę rysować tego co lubię, to nie będzie to dobra ilustracja. To dlatego „Lost Girls” tak nas zbliżyło, bowiem wzajemnie się uzupełnialiśmy. Nie umniejszam. Bez piękna stylu pisarskiego Alana i jego fabuł „Lost Girls” nigdy by nie powstało, ale oboje włożyliśmy w to wiele wysiłku. Jest bardzo dobrym asekurantem dla swoich rysowników. Kocham Cobweb bo była moja. Dialogi miała Alana, ale sam pomysł był mój. To kobieta która niczego się nie boi, sprytna, ekshibicjonistyczna, szybko dostawała to czego chciała, nie bała się potworów. Za każdym razem była rysowana odmiennym stylem. Narysowałabym Cobweb również dzisiaj.

Rozmawiała Sylwia Kaźmierczak

Zobacz także:

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *