0

Miłe złego początki…

Powieść graficzna „Zagubione dziewczęta” autorstwa Alana Moore’a i Melindy Gebbie, zapowiadała się arcyciekawie. Otóż w pewnym austriackim kurorcie, w przededniu wybuchu I Wojny Światowej, spotykają się Alicja, Dorotka i Wendy czyli bohaterki powieści Lewisa Carolla, Franka L. Bauma oraz J.M. Barrie’a. Nie są to już jednak małe dziewczynki, a dorosłe, czy wręcz dojrzałe, kobiety, które, niczym Szeherezada, snują opowieści o swoich doświadczeniach seksualnych.

Alan Moore przyzwyczaił nas już do tego, że lubi zastanawiać się, co by było gdyby – gdyby superbohaterowie starzeli się i mieli problem z alkoholem, gdyby kapitan Nemo ścigał profesora Moriartiego, czy gdyby Wielka Brytania była krajem totalitarnym. W „Zagubionych dziewczętach” punktem wyjścia jest założenie, że życie Wendy, Alicji i Dorotki nie skończyło się na pokwitaniu, a przygody jakie przeżywały w Nibylandii, Krainie Czarów i Krainie Oz, to nic innego jak próba poradzenia sobie, z często traumatycznymi, wspomnieniami związanymi z inicjacją seksualną, pierwszą miesiączką czy pierwszą masturbacją. „Zagubione dziewczęta” to jednak nie tylko reminiscencje z przeszłości, ale także opowieści o przyjaźniach erotycznych zawiązanych w austriackim hotelu Himmelgarten, gdzie w każdym pokoju zamiast Biblii, goście mają do dyspozycji książeczkę z sugestywnymi ilustracjami.

Powieść graficzną Moore’a i Gebbie można rozpatrywać i odbierać na wielu różnych płaszczyznach, począwszy od podstawowego (charakterystycznego dla „niewyrobionego” czytelnika), a skończywszy na poziomie aluzji, odwołań i cytatów – jest to poziom, na którym autorzy nieustannie „mrugają” do „wtajemniczonych” czytelników podsuwając skojarzenia z twórczością Oscara Wilde’a, Tomasza Manna czy Guillaume’a Apollinaire’a. Także w warstwie wizualnej „Zagubione dziewczęta” cieszą oczy i pozwalają dekodować szereg inspiracji. Mamy płynne linie i pastelową kolorystykę, które charakteryzowały styl secesyjny, chociażby u Alfonsa Muchy. Są też oderwane od rzeczywistości kolory stosowane przez fowistów takich jak Henri Matisse.

Skoro pomysł i wykonanie były dobre, to co poszło źle? Intertekstualność, piękne kadry czy wyuzdany seks nie mają znaczenia jeśli już po kilku stronach zaczyna wiać nudą, „dymków” się już nie czyta, a kolejne kartki przewraca się tak, jak przewija film pornograficzny, w którym owszem jakaś fabuła jest, ale w sumie mało ważna. W „Zagubionych Dziewczętach” jest wszystko, co można odnaleźć w ostrych filmach pornograficznych: zoofilia, seks analny, gwałty, pedofilia, itp. Przy czym pokazywanie tego wszystkiego, według autorów służy jakiemuś celowi, na przykład unaocznieniu, że doświadczenia z przeszłości rzucają długie cienie. Część z kadrów jest jednak „lżejsza”, przynajmniej z perspektywy współczesnego czytelnika: seks kazirodczy po „Grze o Tron” już nie szokuje, jeśli chodzi o robofilię to co kilka dni media rozpisują się o najnowszych seksrobotach, a do orgii, jak wiadomo, najczęściej dochodzi wówczas, gdy nie jest się pewnym jutra, a świat stoi na progu wojny (freudowska koncepcja eros-tanatos).

Obawiam się, że osoba, która przyzwyczajona jest do czytania 20, 50 czy 100 stron na raz, szybko znudzi się „Zagubionymi dziewczętami”. Jedynym rozwiązaniem jest czytanie w tempie powstawania tej powieści graficznej, czyli jednego rozdziału (jest ich w sumie 30) na pół roku – w  końcu Moore i Gebbie pracowali nad „Zagubionymi dziewczętami” przez 16 lat! Wówczas istnieje cień szansy, że uda się docenić wszystkie smaczki jakie autorzy chcieli nam zaserwować. Jeśli jednak nie chcemy czytać w tak ślimaczym tempie, to ten skądinąd pięknie wydany album, można sobie po prostu darować oszczędzają przy tym 200 zł.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *