3

„Zdecydowałam, że ja mam przede wszystkim rysować” Rozmowa z Olgą Wróbel

Choć „Silva Rerum” nie zostało wydane, mamy wreszcie twój pełnometrażowy album. Przedsmak „Ciemnej strony księżyca” można było przeczytać w magazynie feministycznym „Zadra”. Wcześniej trafiły tam też dwie inne twoje krótkie formy. Skąd pomysł by właśnie tam publikować? Jak układa ci się współpraca z pismem?

Moja współpraca z „Zadrą” jest bardzo nieskomplikowana – dostaję informację o deadlinie, wysyłam komiks i jakiś czas potem znajduję w skrzynce egzemplarz autorski. Pomijając wpadkę przy pierwszym numerze, kiedy do druku trafiły miniatury podglądowe, a nie pliki w odpowiedniej rozdzielczości, nie miałam żadnych problemów. Wprawdzie z publikacji w „Zadrze” nie czerpię żadnych materialnych korzyści (oprócz wymienionego egzemplarza), ale zawsze jestem zadowolona patrząc na nakład – 1500 sztuk to chyba mój największy papierowy zasięg. A jak tam trafiłam? Ktoś linkował materiał z magazynu na Facebooku, ja skończyłam akurat komiks o niewydepilowanych pachach i uznałam, że go wyślę na przynętę. Chwyciło.

Dobry wybór ilustracji na front. Taka okładka komiksu w Polsce to rzadkość. Zastawiałaś się nad ewentualnymi reakcjami, gdy już album trafi do szerokiego obiegu? Bo choć na księgarnianych półkach dużo książek z nagimi kobietami, to jednak na komiksy wciąż patrzy się jak na twory dla dzieci. Ewentualnie jakiś nadgorliwy sprzedawca postanowi zrobić to co zrobiono z plakatami „Czarownicy z Portobello”.

Niestety, obieg nie będzie aż tak szeroki i moje rysunkowe piersi będą straszyły głównie w internecie. Chciałam, żeby okładka była wyrazista, najpierw roiły mi się kiczowate rozwiązania w stylu odcisk mojej dłoni a w nim mniejszy – dłoni Grety, ale nie byłam z nich zadowolona i nic dziwnego. Ostatecznie w roli okładki wystąpiła jedna z rozkładówek komiksu, pozbawiona tekstu. Przyciąga wzrok, jednak nagość wydaje mi się być jej drugorzędnym elementem, jest zresztą dość umowna. Gdybym miała jej bronić przed zgorszonymi, powiedziałabym, że ciąża jest okresem, w którym nagość kobiety jest ostatecznie odarta z romantycznej intymności, biorąc pod uwagę, ile razy trzeba rozebrać się u ginekologa, a w finale pokazać ciało od podszewki podczas porodu i pobytu w szpitalu. Bardzo bawią mnie fora, na których kobiety martwią się, że po porodzie zaleca się wietrzenie krocza jeszcze na sali, bo obożenagość – jestem przekonana, że kiedy już na tej sali wylądują, będzie to ich najmniejszym problemem.


Ciążyła nad tobą łatka „Olgi-Wróbel-od-gadających-głów”. W „Ciemnej stronie księżyca” widać progres. Jesteś zadowolona z postępów graficznych?

Tutaj będę ostrożna – jestem zadowolona, kiedy myślę o tym, co narysowałam. Kiedy to widzę, mam ochotę dzwonić do Michała Słomki i błagać, żeby włożył rękę w tryby maszyny drukarskiej i zatrzymał ją do czasu, aż poprawię niektóre kadry, powiedzmy, że 90%. Na pewno rysuję lepiej niż jeszcze rok temu, zresztą byłoby smutne, gdybym po wysmażeniu kilkudziesięciu stron komiksów rocznie nie robiła żadnych postępów. Dużo uczę się czytając komiksy, staram się podpatrywać rozwiązania, które mogą mi się przydać (np. cieniowanie twarzy), pomaga mi też Daniel („Hej, ta ręka nie działa, co mogę poprawić?”). Mam zawsze odruch, żeby w centrum kadru umieścić twarz, która wyłoży należycie planowaną kwestię i dopiero w drugim podejściu z wielkim bólem zaczynam myśleć, jak można to pokazać ciekawiej. Przede mną jeszcze bardzo daleka droga.

W „Ciemnej stronie…” męża, Daniela Chmielewskiego, opisujesz jako „tylko głos w komiksie”.  A jak on sam reagował na przedstawienie swojej osoby w albumie?

Daniela jest w „Ciemnej stronie…” dość dużo i to odróżnia mój komiks od „Projektu: człowiek” (którego bohaterowie się rozstają, więc nic dziwnego) i „Czwórki na pokładzie”. Starałam się pokazać naszą relację bez ozdobników, ale z drugiej strony bez popadnięcia w stereotyp „To FACET, on nie jest w stanie mnie zrozumieć”, bo mnie nikt nie jest w stanie zrozumieć, ze mną na czele. Oboje jesteśmy egocentrycznymi narcyzami, w czasie ciąży kłóciliśmy się więc tak, jak przez całe wspólne życie, ale mieliśmy też dobre momenty, abstrakcyjne rozmowy, chwile, kiedy Daniel był wprawdzie „tylko głosem”, ale za to głosem rozsądku. Jak wspominam w posłowiu, to jedna z większych różnic między ciążą wyobrażoną a prawdziwą – że partner przez dziewięć miesięcy nie ma wcale ochoty codziennie nosić mnie na rękach i zgadywać moich życzeń. I trzeba się z tym pogodzić. Co do reakcji Daniela, mamy umowę, że nie cenzurujemy wzajemnie swojej twórczości, mimo jej autobiograficznego charakteru. To jedna z najważniejszych zasad naszego małżeństwa. Miałam więc absolutną swobodę, a ze względu na ww. narcyzm oboje jesteśmy zachwyceni, występując w swoich komiksach. Nie ważne jak rysują, ważne, że rysują.

Nie jesteś autorką  pierwszego polskiego komiksu ciążowego, ale w przeciwieństwie do wcześniej wydanych, jako pierwsza odarłaś macierzyństwo z lukru, pokazałaś, że kolorowe pisma serwują przyszłym matkom fikcję. Skupiłaś się na kwestiach fizjologicznych, odniosłaś się do polskiej służby zdrowia i aborcji. Odważnie i przewrotnie. I chyba bez autocenzury?

Jeżeli natykam się w rysowaniu na temat, który boję się poruszyć, to zaczynam od zastanawiania się dlaczego, uznając, że właśnie tu warto głębiej pokopać, bo pewnie dotknę czegoś prawdziwego. Kiedyś miałam z tym problem, zastanawiałam się, co pomyślą o mnie osoby, które mnie znają, widząc tę czy inną historię. Tak jak z rysowaniem nagości – kiedyś nie pokusiłabym się o własny akt, bo byłabym przekonana, że zobaczą to znajomi i pomyślą, że szukam taniej sensacji. Teraz nauczyłam się oddzielać w głowie siebie rysującą od siebie-siebie. To jak z wpajaną w podstawówce zasadą, że jest autor wiersza i osoba-mówiąca-w-wierszu i to nie to samo. Nie wszystkie historie są stuprocentowo prawdziwe, chociaż wszystkie zawierają rys mnie i na pewno wyrażają moje poglądy. Poza tym w Polsce wystarczy głośno powiedzieć „penis” i już jest skandal i zażenowane uśmieszki, miałam więc do wyboru albo w ogóle nie dotykać kwestii fizyczności, albo robić, co mi się podoba, bo i tak będzie kontrowersyjnie. Tak samo z aborcją. Teraz już nawet nie wypada wymawiać tego słowa, co dopiero przyznać się, że popiera się ją bez ograniczeń. Z drugiej strony pamiętam, jak potwornie podpadłam na profilu znajomej feministki, kiedy napisałam, że nie akceptuję aborcji jako metody antykoncepcji, a jej zakazu jako usprawiedliwienia dla zostawiania dzieci na śmietniku. Nie da się zadowolić wszystkich, coraz częściej mam wrażenie, że nie da się zadowolić nikogo, cieszę się więc, że mogę opublikować w komiksie to, co chcę i nie wchodzić z nikim w dyskusję, bo przynajmniej na papierze moja prawda jest górą.

Bardziej liczy się dla Ciebie odbiór „Ciemnej strony księżyca” w komiksowie czy wolałabyś by album przyczynił się do dyskursu w mainstreamowych mediach o upadającym obrazie uświęconego macierzyństwa?

W komiksowie wszyscy mnie znają i wiedzą, czego się spodziewać. Wydanie pełnometrażowego komiksu jest dla mnie sprawdzianem popularności – ile z tych osób, które czytają bloga i lubią posty na facebooku jest gotowych zapłacić za album. Myślę, że ten, kto lubił moje publikacje do tej pory, nie będzie rozczarowany, a nieprzekonanych nie przekonam. Jeżeli chodzi o szersze media, to dyskusja o mrokach macierzyństwa toczy się w nich już od jakiegoś czasu, czego dowodem jest obecność redaktorek „Bachora” w telewizjach śniadaniowych, prasie itp. Nie mam w niej nic szczególnie oryginalnego do dodania, bardziej liczę na to, że ewentualne zainteresowanie albumem przełoży się na jego sprzedaż i cud zleceń, prostacko mówiąc, a także możliwość realizowania kolejnych projektów, bo głupio będzie wciskać Centrali kolejną książkę, kiedy pierwsza nadal murszeje w magazynie.

O ciąży opowiedziałaś szczerze, dowcipne, autoironiczne i unikając banałów. Raczej ciężko byłoby odebrać ciebie-autorkę jako sfrustrowaną paranoiczkę, a komiks jako ponury.

Mam nadzieję. Rysowanie swoich czarnych myśli w ramach terapii ma tę wadę, że czytelnicy widzą mnie tylko z jednej strony. Jeżeli w ciągu tygodnia pięć dni będzie super, szóstego pokłócę się z Danielem, a siódmego spadnę ze schodów, to zrobię komiks o dwóch ostatnich i wyjdzie na to, że moje życie to pasmo zabawnych nieszczęść. Autoironia jest więc pewnego rodzaju pułapką i manierą, kiedyś pomagała mi radzić sobie z problemami, obecnie jest automatyczna, a rozwiązań muszę szukać głębiej. Z drugiej strony zawsze nieufnie podchodzę do ludzi deklarujących „My nie mamy cichych dni” itp. To gdzie się podziewają te wszystkie negatywne emocje? Ja przynajmniej część swoich widzę na papierze.

Dziewięć miesięcy ciąży, dziewięć miesięcy spisywania i rysowania scenek z życia. Teraz dojdzie jeszcze promocja albumu, prowadzona pomiędzy przewijaniem a karmieniem. Patrząc na Gretę nie myślisz sobie „o Boże znowu”? Zmęczenie daje o sobie znać?

Tak. Naczytałam się wiele o dzieciach i wiedziałam, że nie przybędzie do mnie słodki bobasek w koronkowym beciku, ale rzeczywistość okazała się inna od wszelkich wyobrażeń. Najdziwniejsze jest to, że takie małe stworzenie niesamowicie szybko się zmienia i kiedy myślę, że już coś wiem o jej potrzebach, o sposobach wspólnego spędzania czasu, okazuje się, że to było super w zeszłym tygodniu, ale w tym Greta nauczyła się wkładać palce do ust i tylko to ją interesuje, a ja mogę się wypchać swoją piosenką o babim lecie, która uszczęśliwiała ją jeszcze we wtorek. Przebywanie w domu z niemowlęciem jest bardzo wyczerpujące fizycznie i emocjonalnie, czasami trudno mi uwierzyć, że nadal istnieje moje biurko w muzeum i co więcej, za jakiś czas znów będę przy nim siedzieć. Na szczęście Daniel po powrocie z pracy zajmuje się córką, a ja mogę coś tam na boku naszkicować albo wyjść z siostrą pofiglować na mieście albo narzekać i opłakiwać utraconą wolność. Oboje wstajemy też w nocy. Nadal budzi to podobno zdziwienie, na przykład w biurze Daniela, więc podkreślam: oboje. W nocy.

„Ciemna strona…”, przedstawiająca kilka ostatnich miesięcy z twojego życia, ukończona. Czy oznacza to, że już nie wrócisz do prac nad „Silva Rerum”, które opowiada o tobie sprzed lat? Nie szkoda ci tych blisko 50 stron szkiców?

Nie, szkice świetnie mają się na blogu i nie sądzę, żeby w temacie „Silva Rerum” coś się jeszcze ruszyło. Z przyczyn nie do końca zależnych od siebie pracowałam nad tym albumem zbyt wolno i jego wiecznie płynna forma tak się rozlała, że w pewnym momencie przestałam mieć nad nią kontrolę. W tej chwili sposób, w jaki rysowałam, wydaje mi się dość archaiczny i nieodpowiadający obecnemu stylowi, nie mam już ochoty reanimować tego truchła. Żałuję paru wątków scenariusza, szczególnie opowieści o walce z depresją, ale mogę je wpleść do innego komiksu. Z kolei inne, na przykład jakże szczere i okrutne rozliczenie mojego poprzedniego związku, nic mnie już nie obchodzą i nie chce mi się nawet szukać w sobie tamtych emocji. Ten projekt już mnie nie cieszy, a skoro robienie komiksów to hobby, po co się zmuszać do czegoś, co nie sprawia przyjemności? Wolę narysować w tym czasie coś, co interesuje mnie teraz, a nie męczyć się dla zasady.

W 2010 roku zdecydowanie odżegnywałaś się od zaliczania cię do twórczyń nurtu komiksu kobiecego. Album o którym rozmawiamy jest wręcz klasycznym przykładem dla tej kategorii. Czy coś się przez te kilka lat zmieniło czy wciąż zakwalifikowanie do komiksu kobiecego ci przeszkadza?

Od 2010 roku zmieniło się przede wszystkim to, że przestało mi na wielu rzeczach zależeć i nie mam już takiego pędu do autorytarnych wypowiedzi czy bronienia jakiegokolwiek stanowiska. Wynika to w dużej mierze z rozczarowania komiksowem i jego hermetycznością oraz konsekwencją w tępieniu wszystkiego, co odbiega od wyobrażenia o tym, czym wiecznie aspirujący komiks polski powinien być. Komiks kobiecy? Źle! Storyart? Źle. Alternatywny komiks historyczny w stylu „Złotych pszczół”? Fatalnie. Dziwi mnie fakt, że to właśnie środowisko zacięcie tępi inicjatywy, które w mediach nie-komiksowych zbierają zazwyczaj dobre recenzje (ww. antologia Moniki Powalisz). Trochę wstrząsnął mną też wyjazd na konferencję komiksową do Izraela, gdzie przez dwa dni na Uniwersytecie Ben Guriona miałam okazję zobaczyć, jak wygląda naukowe podejście do komiksowego medium na świecie. Jeden z naukowców dostał właśnie grant na badanie, jak określone typy narracji obrazkowej działają na specyficzne obszary mózgu i jak można to wykorzystać w codziennej komunikacji, dzień po konferencji wyjeżdżał na rok do Kanady podłączać ludziom elektrody do mózgu. Po tym wszystkim obserwowanie, jak 20-30 osób bryluje na własnych blogach decydując, czy przyznać komiksowi kobiecemu prawo do istnienia, czy też nie (przy czym każdy wie najlepiej, jak przy stole u cioci na imieninach), jest co najmniej zabawne. Zdecydowałam, że ja mam przede wszystkim rysować. To jest moje zadanie i moja specjalność. Ktoś chce zaliczyć moje prace do nurtu sztuki kobiecej – proszę bardzo. Feministycznej? Czemu nie. Ktoś uważa, że bazgrzę paskudnie i nie mam nic do powiedzenia – możliwe. Mnie to nie interesuje, mam blok, mam farby i na pewno nie mam zamiaru przestać.

Rozmawiała Sylwia Kaźmierczak

Zobacz także:

3 Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *