0

Koniec miłości

tekst opublikowany także na Gildii Komiksu

Pierwszy wydany w Polsce album Arne Bellstorfa czyli „Piekło, niebo” pokazał, że autor przyzwoicie odnajduje się w obyczajowej materii. Świetny obraz sennego miasteczka, wyraziste postaci, to znaki rozpoznawcze „Piekła, nieba”. Jednak jego najnowsza praca -„Baby’s in black” – będący rysunkowym zapisem wspomnień Astrid Kirchherr, z którą twórca przeprowadził szereg prywatnych rozmów, każe się zastanowić czy faktycznie akcenty obyczajowe to w jego przypadku dobry wybór.

Hamburg, nadmorskie miasto w północnych Niemczech, 1960 rok. Nieznany nikomu brit rockowy zespół przyjeżdża z Liverpoolu by dawać koncerty w nocnych klubach. Bywalcem jednego z takich klubów jest Klaus. Chłopak zafascynowany występem zespołu o nazwie The Beatles zaprasza tam swoją, jeszcze, dziewczynę. Ta również ulega magii Brytyjczyków, co w konsekwencji zmieni jej życie. I tak rozpoczyna się historia dwuletniego związku Astrid z basistą The Beatles Stuartem Sutcilffem. Po drodze autor serwuje jeszcze skrócony przebieg kariery zespołu podczas ich migracyjnego epizodu, kłopoty z prawem chłopaków, artystyczne zamiłowania głównej pary. Wszystkie wątki nagle się urywają w wyniku tragicznej śmierci Stuarta.

Kończy się miłość i kończy się komiks, pozostawiając nas z uczuciem niedosytu. Według opisu z okładki i po początkowych kilkunastu stronach „Baby’s in black”, rzeczywiście mamy wrażenie, że śledzimy koleje związku Stu i Astrid. Potem jednak album Bellstorfa przemienia się w twór o wszystkim, a więc o niczym. Mnogość poszarpanych i, z jednym odstępstwem, niedokończonych wątków rodzi pytanie „o czym właściwie jest ten komiks”? O romansie, historii zespołu, obrazie tętniącego nocnym życiem Hamburga czy opowieścią o pasji tworzenia. Na domiar złego rzekoma przyjaźń między chłopakami z zespołu, jest nieodczuwalna. Dramatyczna historia, krótkiej miłości bohaterów, została oddana przez Bellstorfa pusto, obojętnie i bezrefleksyjnie, niemalże jak relacja z kiepskiej wakacyjnej przygody. Przez niemal cały komiks brniemy bez emocjonalnego zaangażowania w lekturę, tylko po to by w końcówce, niczym po objawieniu, autor uraczył nas sztampową symboliką i  tanim chwytem narracyjnym. Zdumiewające, szczególnie w zestawieniu z poprzednią pracą, w której z ukazaniem emocji poradził sobie nie najgorzej.

Mając cenny materiał wyjściowy, Bellstorf mógł uczynić „Baby’s in black” albumem wyjątkowym. Pokazując wydarzenia z perspektywy Kirchherr miał możliwość stworzenia osobistego, intymnego świadectwa jej związku ze znanym muzykiem, przemycając gdzieniegdzie anegdoty o zespole. Nie zrobił tego. Nie wiadomo czy zawiodła komunikacja na linii Bellstorf-Kirchherr, czy autor zaczął mieć problem z uchwyceniem całej palety emocji. A może głównym problemem jest obsadzenie kobiety w roli głównej. Może autor lepiej by sobie poradził, gdyby to Stuart był protagonistą?

Ocenę komiksu zaniża również warstwa graficzna. Główny zarzut w stronę autora to niezróżnicowanie twarzy postaci, przez co trudno często rozpoznać która z nich jest w danym momencie na kadrze. Z czasem bohaterowie noszą nawet zbliżone fryzury. Przeszkadza też stosowana przez Bellstorfa maniera cieniowania „mazańcami”.

Ciekawym zabiegiem jest pozostawienie części dialogów w języku angielskim, co ma uwiarygodnić barierę językową między postaciami. W niektóre kadry zostały wplecione słowa piosenek, czasem padają nazwiska wykonawców. Smaczki dla znawców muzyki, ale to za mało by uczynić komiks interesującym dla ogółu czytelników.

Za sprawą Stu i Astrid, „Baby’s in black” będzie zapewne atrakcyjną pozycją dla fanów Beatlesów. Pozostałym czytelnikom, liczącym po prostu na dobrą historię, polecam raczej poszukać w antykwariacie „Piekła, nieba”, bo recenzowanym albumem będą srodze zawiedzeni.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *