0

Lalunie, giwery i „jesteś światłem mojego życia”

tekst opublikowany pierwotnie w 66. nr KZ

Z okazji minionego dwa tygodnie temu Dnia Kobiet postanowiłam pobuszować po swojej dawno nieodwiedzanej półce z komiksami i odświeżyć sobie te historie, które do tej pory wydawało mi się, że lubię nie tylko za kreskę i scenariusz, ale również za postaci kobiet wyraziście w nich przedstawione. Ambitnie chwyciłam za Enki Bilala i zabrałam się do jego lektury.

Niebiesko- i czerwonowłose kobiety o smutnych oczach, mężczyźni o smutnych oczach z tą sama fryzurą i złamanym nosem, różniący się od siebie tylko ubiorem, dziwna Europa rzeczywisto-nierzeczywista, latające piramidy, koty wychodzące ze ścian, w tle wojna jugosłowiańska – wszystkie te wątki poplątały mi się w onirycznej narracji. Będąc ostatnio bardzo zaganiana, przepracowana, wymęczona przewlekłą chorobą ucha i pobytem w szpitalu, nie dałam rady rozwikłać bilalowych fabularnych węzełków.

Kolejne komiksy z półki przebiegłam wzrokiem dość pobieżnie, moje spojrzenie spoczęło na okładce „Fun home” Alison Bechdel i na zaraz obok niej ustawionej Rutu Modan z albumem „Rany wylotowe”. To mi się podoba, kobieca perspektywa, świetnie narysowana, doskonale skonstruowana historia. Ale byłam po dawce najnowszych wiadomości w TVP ze świeżutkiej, bo dopiero jednodniowej wojny w Libii, wstrząsających zdjęciach po trzęsieniu ziemi w Japonii oraz po transmisji przemówienia Tuska. Uznałam, że „Rany wylotowe” dobiją mnie, a „Fun home” za nie na miejscu. Z podobnych względów odpuściłam sobie „Hellsinga”, bo czarna krew tam się leje, a w nadchodzącej czarno-białej apokalipsie roi się od SS zombi, zwyrodniałych księży, słowem świat pogrąża się w otchłani zła i to w niby historycznej przestrzeni niby II wojny światowej.

Nie znalazłam też pocieszenia w voyerystycznym kontakcie z biuściastą policjantką Seras – adeptką wampiryzmu. Otóż pewną moją podejrzliwość wzbudziły dźwigane przez nią giwery o lufach długich jak Huta Katowice. Nie pocieszył mnie nawet widok Integry, seksownie męskiej przywódczyni antywatykańskiej frakcji i pogromczyni wampirów.

Wróciłam do swojej półeczki. Podłubałam palcem między albumami i wyłuskałam zeszyt o wdzięcznym tytule „Monstrum”, mistrzem ceremonii tej komiksowej uczty miał być Paolo E. Serpieri. Na okładce przywitała mnie jędrna i zachęcająco połyskująca pupa długowłosej brunetki. Zaintrygowana zajrzałam do środka. A tam historia SF pełną gębą z aspiracjami do drugiego dna, z onirycznymi wątkami (powariować można z tą senna narracją), ze statkami kosmicznymi, tajemniczym wielkim okiem, obcą planetą, kwadratoszczękimi mężczyznami i z kobietami o piersiach jak grzyby atomowe. Cipki i penisy galaktycznym strumieniem przetaczały się strona po stronie wśród kłębiących się ciał. Nie ukrywam, że poświęciłam tej historyjce chwilę. Zaciekawiło mnie to, że narysowane tam kobiety z takim zapamiętaniem i ostatecznie z radością przyjmują dokonywane na nich brutalne gwałt po gwałcie. I już miałam wrócić do swojej półeczki z komiksami, gdy zadzwonił telefon komórkowy.

Melodia, jaką sobie dałam na dźwięk dzwonka to motyw muzyczny z serialu „Xena, wojowniczka księżniczka”. Odsiecz, a z nią nadzieja, przyszły ze zgoła innego medium. Odebrałam telefon w treści nieistotny i po skończonej rozmowie włączyłam komputer. Znalazłam w folderze z moimi ulubionymi filmami katalog z nazwą „Xena” i odpaliłam jeden ze stu dwudziestu odcinków. Moim oczom ukazała się bezczelnie piękna, w kusym, skórzanym wdzianku nieustraszona wojowniczka Xena, oraz jej przyjaciółka drobna i wrażliwa blondynka Gabriela, której bluzeczki, jak sama zauważyła w jednej ze scen filmu, są coraz krótsze z każdym odcinkiem. Do spazmów doprowadziły mnie niesamowite fikołki wykonywane przez Xenę, dech w piersi zapierała jej niezwykła skuteczność bojowa, gdy pękiem własnoręcznie złowionych ryb zwalała z nóg gromadę brudnych i śmierdzących zbirów. Dowiedziałam się, że prawdziwą cezurą czasową dla końca epoki starożytnej i początku czasów nowożytnych były narodziny Ewy, córki Xeny. Ojcem, a właściwie matką Ewy, została anielica Calisto, która ją cudownie poczęła wnikając w brzuch Xeny. Calisto, zanim stała się anielicą, była wcześniej demonem szukającym zemsty na Xenie. Xena bowiem, gdy była jeszcze złą Xeną, wyrżnęła całą wieś, w tym rodzinę Calisto. Ale po latach Xena, która przeszła metamorfozę i stała się dobra, wyzwoliła Calisto spod postaci demona. Stało się to przy okazji tego, jak Xena zstąpiła do piekieł, aby odnaleźć swoją przyjaciółkę Gabrielę i po drodze natknęła się na demona Calisto.

Nie zauważyłam, kiedy byłam przy dziesiątym odcinku szóstej serii. Spijałam słodycz kiczowatości wierzchniej powłoczki historii, żeby kosztować kolejne smakowite jej warstwy. Gdy wreszcie oderwałam się od monitora wzięłam głęboki, pełen satysfakcji oddech. Po głowie krążyła mi jedna myśl, jak fundament mocna, będąca słowami Xeny patrzącej w oczy Gabieli, gdy obie miały zostać ukrzyżowane: „Jesteś światłem mojego życia”. I z tą myślą pozostanę do następnego Dnia Kobiet.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *