2

Tylko żeby było po mojemu – rozmowa z Kingą Kuczyńską

Należysz do Mamadoo Fireshow, Stowarzyszenia Arteria, pracujesz i zajmujesz się komiksami. Skąd u ciebie zapał do tak aktywnej i różnorodnej działalności?

Heh, zapał z tego że robię to, co lubię.
Jeżeli zaś chodzi o różnorodność to moja główna działalność czyli Mamadoo i aktywność na polu promowania nowej sztuki cyrkowej wyrobiła u mnie upodobanie do wyciągania pewnych tematów z nisz i ogromną potrzebę promowania takich inicjatyw, które znajdują się na skraju kultury. „Odkrywanie” ich dla siebie i innych sprawia mi dużo satysfakcji.

W jakim celu utworzone zostało Stowarzyszenie Arteria i kto do niego należy?

Arteria skupia ludzi, którzy zajmują się animacją kultury i jej propagowaniem, ale w różnych instytucjach, grupach nieformalnych i którzy w pewnym momencie zachcieli robić coś na swoje konto, niezależnie. W ramach stowarzyszenia działamy od niedawna. Wiele rzeczy nas inspiruje, nie mamy ściśle wytyczonej ścieżki. Chcemy przede wszystkim czerpać satysfakcję z tego co robimy, rozwijać swoje zainteresowania. Zależy nam na promocji młodych twórców i twórczyń i włączaniu w kulturę tego, co jest z niej wykluczone. Jesteśmy otwarci na osoby z oryginalnymi pomysłami.

Jednym z projektów Arterii było zorganizowanie warsztatów „Dziewczyny też rysują komiksy”. Czy był to wasz debiutancki projekt i dlaczego wybrałyście akurat komiks, zamiast innych form związanych ze sztuką, np: fotografia, rzeźba?

Tak, było to pierwsze większe i samodzielne działanie organizowane przez Stowarzyszenie. Miało to bezpośredni związek z pisaniem przeze mnie pracy licencjackiej. Wolę działanie od teoretyzowania, w tym bardziej się sprawdzam, więc była to naturalna kolej rzeczy. Chciałam wyjść naprzeciw sytuacji, którą zastałam prowadząc badania do pracy – czyli sytuacji braku bądź niedostatecznej obecności kobiet w środowisku komiksowym. Opowiedziałam o pomyśle dziewczynom ze stowarzyszenia: Kasi Gumowskiej i Ani Miler, które zapaliły się do tego, aby taki projekt wspólnie napisać i zrealizować.

Wasz komiksowy projekt otrzymał dofinansowanie z Unii Europejskiej. Czy po jego zgłoszeniu, miałyście chwile zwątpienia, że możecie owego dofinansowania nie otrzymać właśnie ze względu na charakter i tematykę przedsięwzięcia?

Nie, nie miałyśmy takich obaw, projekt był dość innowacyjny – trafiał w potrzeby, których nikt do tej pory nie poruszył. Wyrównywanie szans to w końcu jeden z priorytetów UE. Raczej byłyśmy pewne tego pomysłu i naszego uzasadnienia potrzeby jego realizacji.

Było dużo dziewczyn, które zgłosiły chęć udziału w warsztatach, w związku z czym musiałyście dokonać wyboru. Co było głównym kryterium decydującym o przyjęciu?

Po pierwsze musiały być to osoby, które już rysują, chociaż nie oceniałyśmy poziomu ich umiejętności. Natomiast projekt nie zakładał nauki rysowania, na to nie było czasu. Drugim głównym kryterium była motywacja. Jednym z pytań w ankiecie zgłoszeniowej było „Dlaczego chcesz wziąć udział w projekcie?”. Odpowiedź na to pytanie była decydująca. Jeżeli dziewczynom nie chciało się rozpisywać i odpowiadały jednym zdaniem, niestety nie miały szans z tymi, które trochę bardziej wysiliły się i udzielały wyczerpującej odpowiedzi. Oczywiście liczyła się dla nas różna motywacja. Nie było jednej prawidłowej odpowiedzi. Liczyły się przede wszystkim chęci.

Czy nie uważasz, że dobrze byłoby przeprowadzić kolejny komiksowy projekt w ramach działalności Arterii, w którym udział mogłyby wziąć dziewczyny niezakwalifikowane do „Dziewczyny też rysują komiksy”?

Jasne, pracujemy nad tym obecnie, przygotowujemy kolejne wnioski. Zainteresowanie projektem pokazało, że potrzebne są kolejne edycje. Naszą intencją nigdy nie było stwarzanie getta komiksowego dla kobiet. Mamy stały kontakt z dziewczynami z pierwszej edycji i wiele z nich zaczęło się angażować w komiksowe inicjatywy, a o to nam przede wszystkim chodziło. U nas miały komfort rozwijania swoich zainteresowań i umiejętności, w bardzo przyjaznej i pozbawionej konkurencji atmosferze, wiele z nich przyznawało, że tego właśnie trzeba im było, żeby odważyć się zrobić pierwszy krok w stronę twórczości komiksowej. Poza aspektem motywującym, zapoznały się z różnymi możliwościami uczestnictwa w środowisku komiksowym, których wcześniej po prostu nie znały.

Warsztaty prowadzili m.in znany komiksiarz Jacek Frąś oraz ilustratorka i animatorka kultury Asia Bordowa. Logo projektu wykonała Ewa Juszczuk. Dlaczego akurat te nazwiska? Czy trudno było ich namówić do udziału? Jak sądzisz czy zadecydowała tematyka przedsięwzięcia czy może bardziej względy finansowe?

Nie miałyśmy problemów z namówieniem ich do udziału. Osoby te były naszym pierwszym wyborem i od razu się udało. Zależało nam na osobach nie uprzedzonych do idei, doświadczonych w swojej dziedzinie i kontaktowych. Żadna z tych osób nie dorobiła się na projekcie, więc myślę, że pomysł musiał im się spodobać. Wydaje mi się, że czerpali satysfakcję z tego co robią, z różnych powodów. Asia naładowała się bardzo pozytywnie i myślę, że udział w „Dziewczynach” był dla niej jednym z impulsów do reaktywowania się na polu komiksowym. Ewa była naszym dobrym duchem podczas realizacji całego projektu, jej charakterystyczna kreska nadała wyrazistego charakteru naszym działaniom. Jacek to wspaniały profesjonalista i niezwykle serdeczna i komunikatywna osoba. Myślę, że wyniósł pozytywne wrażenia z projektu i zależało mu, żeby chociaż część dziewczyn zaangażowało się w rysowanie komiksów na poważnie.

Niedawno ukazała się powarsztatowa publikacja. Jesteś z niej zadowolona?

Tak, mimo kilku błędów edytorskich, wynikających z pośpiechu jesteśmy zadowolone. Ze względów finansowych na publikację nałożone były spore ograniczenia – 2 strony na dziewczynę, ale o tym uczestniczki wiedziały od początku, więc były na to przygotowane. Poza tym mogły pokazać co chciały i jak chciały. Poziom artystyczny to drugorzędna sprawa. Oczywiste jest że w grupie 18 dziewcząt, z których dla części to totalny debiut jeżeli chodzi o tworzenie komiksów, pojawią się gorsze i lepsze prace.

Trzeba przyznać, że jak na pierwszą tego typu akcję w Polsce „Dziewczyny też rysują komiksy” było szeroko rozreklamowane. Mówiły i pisały o was media komiksowe i mainstreamowe, odbyła się wystawa i panel dyskusyjny. Wydana została publikacja. Myślisz, że w jakimś stopniu utorowałyście drogę kolejnym, podobnym inicjatywom?

Akcja była nowatorska, nieco kontrowersyjna, więc zainteresowanie ze strony mediów było dość duże. Co do utorowania drogi innymi inicjatywom, projekt był jednym z tych działań, które wyciągnęło temat komiksu kobiecego do publicznej dyskusji. Pamiętam, jak się poznałyśmy, nasze pierwsze rozmowy i mam wrażenie, że minęły lata świetlne i bardzo dużo się od tamtej chwili zmieniło. Jeżeli ktoś w tym momencie zacząłby robić to, co ja dwa lata temu, czyli pisać pracę o „komiksie kobiecym” w Polsce, zastałby zupełnie inną sytuację a „Dziewczyny” się do tego przyczyniły.

Jak to jest być jedną z osób, które zapoczątkowały w naszym kraju dyskusję o bardzo niewygodnym i lekceważonym temacie, jakim bez wątpienia jest „komiks kobiecy”? Przypomnijmy, podczas Komiksowej Warszawy prowadziłaś panel dyskusyjny o tym właśnie zagadnieniu. Miało to dla ciebie jakieś późniejsze skutki? Jakiś odzew ze strony środowiska?

Jak to jest? Cieszę się, że taka dyskusja rozgorzała i uważam, że było to nieuniknione. To samo już się wydarzyło w innych dziedzinach sztuki – w kinie, sztukach plastycznych, literaturze. Przyszła kolej na komiks. Czy dla mnie miało to skutki? Nie brałam udziału w dyskusji, która się po Komiksowej Warszawie wywiązała na forum komiksowym, nie „siedzę” w środowisku, więc nie odczuwam żadnych skutków z jego strony. Widzę natomiast, że wiele się zadziało po panelu, że znalazła się grupa dziewczyn, które zmobilizowały się do działania i to jest dla mnie fantastyczna sprawa. Nie jestem w stanie brać we wszystkim udziału, ale kibicuję z całych sił.

Porozmawiajmy teraz o twojej pracy naukowej, która również dotyczy komiksu kobiecego, ściślej tego wywodzącego się z Polski. Była to twoja własna inicjatywa czy może pomysł podsunął ci prof. Jerzy Szyłak?

To było tak, że przyszłam na seminarium z miesięcznym poślizgiem przez wyjazdy z Mamadoo i byłam jedyną osobą, która nie miała jeszcze tematu. Byłam zdziwiona, że nikt na seminarium u Szyłaka nie pisze o komiksie, więc kiedy luźno dyskutowaliśmy na temat tego, o czym miałabym pisać, on rzucił „To może o komiksie?”. Powiedziałam „Ok. Czemu nie. Tylko żeby było po mojemu to może o kobiecym?” (przez chwilę jeszcze myślałam o pisaniu na temat komiksów autobiograficznych, ale pierwszy pomysł wydawał się większym wyzwaniem i to mi się podobało). Jerzy Szyłak, podobnie jak ja ma poglądy feministyczne, więc ten pomysł mu się spodobał. Ostrzegał, że nie będę miała dużo materiału do badań, ale ku naszej obopólnej radości udało mi się udowodnić, że się myli. Materiału było wystarczająco jak na pracę licencjacką, nawet za dużo, dlatego temat jest potraktowany nieco pobieżnie. Jednak nie jest to koniec moich badań na temat komiksu kobiecego, a raczej wstęp do nich.

Jedną z części planowanej publikacji jest antologia komiksowa polskiej kobiecej twórczości. Czy spotkałaś się z odmową ze strony rysujących dziewczyn, które nie chciały brać udziały w tego rodzaju publikacji? Dużo materiału udało ci się zebrać?

Do tej pory spotkałam się z dwoma odmowami – obie były umotywowane brakiem czasu, a jedna z tych dwóch rysowniczek miała też wątpliwości, co do idei antologii. Obecnie mam komiksy, bądź deklaracje o ich rychłym przesłaniu od, zdaje się, 18 rysowniczek. Ciągle mam też nowe pomysły, kogo mogłabym jeszcze zaangażować, ale ponieważ nie zawsze nadążam za swoimi pomysłami część niestety przepada.

Jak doszło do nawiązania współpracy z Timofem, który będzie wydawcą antologii i pracy?

Pomysł wydania pracy wraz z antologią podsunął Timofowi mój promotor Jerzy Szyłak. Najpierw zapytał mnie czy nie myślałam o zrobieniu takiej antologii, skoro udało mi się znaleźć wiele autorek, nawiązać z nimi kontakt. Ja oczywiście z miejsca zapaliłam się do pomysłu, a Szyłak przekonał do niego Timofa.

Pisanie pracy zapewne wiązało się dla ciebie ze zgromadzeniem sporej ilości graficznych materiałów do analizy. Czy Internet był wystarczającym narzędziem i źródłem aby zdobyć wiedzę o poszczególnych twórczyniach? Udało ci się dokonać jakiś spektakularnych odkryć, coś szczególnie zapadło w twojej pamięci?

Prawdę mówiąc prawie każde odkrycie było dla mnie spektakularne, w końcu miałam pisać o zjawisku, które podobno praktycznie nie istniało.
Rzeczywiście w pracy ograniczam się do kilku autorek, tych z większymi osiągnięciami, ale ile autorek udało mi się znaleźć widać po rozmiarach bazy, którą przygotowałam na potrzeby Comix Grrrlz. Było to wielogodzinne ślęczenie w Internecie, w literaturze dotyczącej krytyki historii komiksu wzmianek o rysowniczkach jest bardzo niewiele, ale pojawiają się tu i tam.

Jak oceniłabyś kondycję polskiej kobiecej sceny komiksowej?

Sprawa się dopiero rozkręca, ale myślę, że jeszcze wiele się w tym temacie wydarzy i czekam niecierpliwie.

Rozmawiała Sylwia Kaźmierczak

Zobacz także:

2 Comments

  1. „nas miały komfort rozwijania swoich zainteresowań i umiejętności, w bardzo przyjaznej i pozbawionej konkurencji atmosferze, wiele z nich przyznawało, że tego właśnie trzeba im było, żeby odważyć się zrobić pierwszy krok w stronę twórczości komiksowej.”

    Ja nie jestem przeciwny, wręcz przeciwnie, ale ta „pozbawiona konkurencji” atmosfera to jest dla mnie właśnie taka oznaka specjalnego traktowania, jakby upośledzone były i musiały mieć fory. Masa dziewczyn się przebiła bez takiego specjalnego głaskania po głowie. Widać od razu były lepsze, czy jak?

    Nie krytykuję, tylko, kurde, potem taka dziewczyna trafia nagle w normalne środowisko, gdzie nikt nikogo nie głaszcze a wydawca chce komiks dobry – i płacz, bo odrzucili, bo ja kobieta, bo nie takiego gniewu kultura, bo nie rozumieją. A to trzeba od początku uczyć, że się starać trzeba, żeby sprostać wymaganiom.

    Ale ogólnie – szacunek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *