1

Moje drogie dziecko

Czego się nie da powiedzieć słowami, może da się narysować? Nie lekceważ komiksu. Nie lekceważ obrazków.

Im prościej, tym trudniej? Im lżej, tym ciężar większy? Może. Może tędy droga. Co z tą Marzeną Sową, aż się chce zapytać po raz kolejny. W pewnej chwili była i tu i tam, reklamowana jako nowa Marjane Satrapi, a „Marzi” jak nowe „Persepolis”. Aż zakiełkowała w poniektórych głowach myśl o wypreparowanym produkcie marketingowym (bo dokądże można dojść na „Wysokich Obcasach”), o kolejnym wypadku „bycia jak”, o kalce, która jako jedyna możliwa daje szansę na zbliżenie, choćby nawet wtórność biła po oczach i z tych oczu łzy wyciskała. Takie polskie wersje żenujące, ale i zaspokajające łaknienie nieosiągalnego, niedosięgłego ideału, który musi zostać niedosięgłym, bo jest cudzy… To podejrzenie o zgapianie i wzorowanie w miejsce tworzenia zmąciły na chwilę jasny obraz „Marzi”. Na szczęście – na chwilę.

Że nic bardziej mylnego w tych krzywdzących ocenach, przekonałam się na własne oczy (nie tylko po lekturze komiksu), ale i na uszy. Miałam szczęście konfrontować się nie tylko z cudzymi relacjami, prasowymi i prywatnymi, ale i z własnym doświadczeniem (z którym zderzyć się, krytycznie czasem najboleśniej, czasem najtrudniej). 17 stycznia 2008 roku udało mi się z Marzeną Sową poprowadzić spotkanie w ramach
cyklu „Marginesy Humanistyki”, stworzonego i działającego przy Centrum Studiów Humanistycznych Uniwersytetu Jagiellońskiego (nowa formacja, przełamująca zastarzałe akademickie formy przetrwalnikowe, stawiająca sobie za cel porozumienie ponad podziałami i wybicie się na niepodległość językową, administracyjną i chyba wręcz narodowościową). Drobna i wzruszająco krucha Sowa w akademickiej sali próbowała powiedzieć przede wszystkim tyle – nie robię rewolucji, opowiadałam swojemu przyjacielowi-rysownikowi o swoim dzieciństwie i zrobiło na nim takie wrażenie, że postanowił je narysować. Gdyby nie Sylvain… I gdzie tu machanie proporcem? I gdzie tu wojująca postawa girl power? Marzi, tytułowa bohaterka cyklu, wyraźnie przecież mówi w Życiu towarzyskim na klatce schodowej o Tomku, jedynym chłopcu wśród jej rówieśników-sąsiadów, który „jeśli w ogóle chce się z nami bawić, to nie ma wyboru. Albo się nam podporządkuje, albo wyleci z nilszej paczki!” (Tomek musiał brać udział w skakankowych zawodach i zawsze przegrywać – nie lubił i nie umiał nauczyć się tej zabawy). Dziewczyński świat Marzi podparty chłopackimi flamastrami, ołówkami i blokiem rysunkowym? Czy to tylko zmyłka?

Trochę tak i trochę nie. Ale zanim o samym komiksie i tym, dlaczego Sowa to nie Satrapi i dlaczego to dobrze, to może na początek o tym, dlaczego uparłam się na sprowadzenie jej do Polski po raz kolejny i jak to możliwe, że spotkanie jednak doszło do skutku. Kilka miesięcy temu przeczytałam książkę innej Marzeny, Matuszak (znanej też jako Wendołowska) „Zamykamy, ale ładne mogą zostać dłużej”. Wespół z Trustem (Przemkiem Truścińskim) udało się jej wypowiedzieć urazy pozamykane na głucho, dzieciństwo zatrzaśnięte na amen w latach 80., rozdarte wcześniej o brak i braki, o deficyt troski i czułości, poszarpane zębami kół wielkich czasowników, stanów wojennych i bezradnych. Trust unikał ładności, Matuszak bębniła mocnymi obrazami. Razem uderzyli w usypiane czasowo pragnienie wydobycia prywatno-powszechnej historii świata, w którym wyrosłam, który mnie wypluł, który na mnie wpłynął, mnie ukształtował. Bohaterowie Matuszak, powpychani w role trybów korporacyjnych i bezużytecznych nierobów, wygrali nutę tęsknoty za odnalezieniem czasu w inny sposób niż narracyjno-obrazkowy, już nie do odzyskania. Kiedy pojawiła się na horyzoncie Marzena Sowa, ucieszyłam się, że znowu ktoś próbuje, mimo przepaści cywilizacyjnej między „wtedy” a „teraz”, do której w ogólnym tonie narzekactwa – na beznadzieję, na to, że tak źle, że tak się nie udaje nic, że tak zawsze z tyłu – nie chcemy się przyznawać, by zmierzyć się z umarłym i tak żywym jednocześnie światem. Umarłym, bo kolejki są w lamusie, bo kartek na mięso brak, bo ser żółty to luksus, a program telewizyjny nie zaczyna się o 15.00. Żywym, bo choćby naszakłasa.pl odsłania, jak drżą ręce na wspomnienie upokorzeń z czasów zależności od maleńkiej, rudowłosej rusycystki, która nie wahała się użyć metod powszechnie uważanych za czystej wody okrucieństwo. Tamto dziecko nie umarło nie tylko przez widoczny na oko już infantylizm, niezgodę na dorastanie, na ciuchy młodszej siostry – tamto dziecko z zaklejonymi ustami, jak dziewczynka z ostatniej strony okładki „Marzi” szamocze się i we mnie, szuka drogi, szuka sposobu na wyjście, szuka włazu, okna, drzwi. Jak opowiedzieć o jogurcie owocowym w kwadratowym kubku? Jak opowiedzieć o tabliczce miodowej, Pani Twardowskiej i smaku cytronety w proszku, którą piło się na sucho, z wnętrza dłoni, mieszając musującą, strzelającą bąbelkami w nozdrza zawiesinę językiem i łykając pospiesznie, by nie wyciekła między palcami? Saturator na rogu ulicy Kaliskiej i punkt nabijania syfonów na Świerczewskiego? Magiel i warzywniak z jabłkami mekintosz, jabłkami wyprodukowanymi dla dzieci, bo dorośli gardzili tymi „gotowanymi ziemniakami”? Zapach chińskich piórników z wyposażeniem, spiżarnie pełne weków i cukier magazynowany w wersalce. Salony damskie w pracowni krawieckiej i wyprawy do szewca, który miał co robić, bo to był czas wielofunkcyjności i wielorazowości. Wyprawy po żurek do mieszkania pani, która wyglądała, jakby już nie żyła. Suszone na ramach szydełkowe firany. Haftowaną pościel. Małego fiata z tej feralnej serii, której wciąż przeskakiwała iskra i zapalała się przy byle okazji. I płacz za skradzionymi ze sznurka mokrymi dżinsami Rifle, które spodobały się komuś za bardzo. Zakupy na zapas i gromadzenie chleba. Jak to dziś opowiedzieć? Jak opowiedzieć biedę bez upokarzania? Jak wypowiedzieć zachwyt kolorowymi śmieciami opakowań, bo tak odbijały się od szarości? Jak znaleźć język, który nie obedrze nas z godności?

Sowa wyszła z siebie. To przeszło mi przez myśl, kiedy słuchałam jej opowieści o spotkaniu z Sylvainem. Jej wstydliwa (odczuwana i myślana jako wstydliwa), skrywana prywatność odbita w cudzych oczach, w cudzym języku, który nie przytakiwał skwapliwie i pośpiesznie: a pamiętasz? A pamiętasz? Próbując wtrącić swoje trzy do pięciu groszy, zyskała sznyt wyjątkowości, egzotyki, niebywałości. Urosła do rozmiarów, których osiągnąć by nie mogła zatrzaśnięta w strachu i żenadzie prywatności. Popatrzeć na siebie cudzymi oczami czasem może warto, by to, co tak kruche, to delikatne, co nie walczy o swoje, co czuje się gorsze, zobaczyć jak wyjątkowe. Ta pochwała własnego imienia, ta aria na cześć jednostkowości rzadko może wybrzmieć we własnym i tylko własnym głosie. Bo czyż można karmić się tylko sobą? Sowa wyjeżdżając z rodzinnego kraju wdrożyła plan wielkiej ucieczki (przez każdy kadr przebija niechęć, strach i kupa bólu) z osaczającego, zimnego miejsca, które przypadło jej w udziale z nakazem kochania. Romanistyka i Francja były naturalnym wyborem. Rozsunięcie między Sową a Polską dokonało się wcześniej. Rozłączenie z matką, która – nie umiała zamknąć małej Marzi w dłoniach z inną niż zawłaszczającą intencją, dokonało się zbyt dawno, by móc znaleźć ten dzień, miejsce, przyczynę. Pępowina została przecięta, została tylko hucząca nakazami samotność. Mała dziewczynka, która patrzy na wspak na świętości, na obyczaje; mała rewolucjonistka, która przewraca świat do góry nogami, choć nie ma pojęcia o tym, co właśnie wyprawia. A każdym gestem wycina się, jak na zajęciach z plastyki nożyczkami rozkładane figurki, z miejsca, w które wrzuciło ją przeznaczenie. Chudziutka pomarańczowowłosa dziewuszka dokonuje prywatnej rebelii – samostanowi się „mimo”, stwarza się „choćby nie wiem co”. Z nieodłącznym królikiem pod pachą stawia opór i ucieka, unosząc ze sobą na zawsze obraz niewypowiadalny, zdjęcie domu, rodziców, siebie wśród, siebie wewnątrz. Przyjaciel – rysownik ołówkiem podważył zagipsowane brzegi i dał szansę ocalony obraz (na surowo, czasem z nachalnym niezrozumieniem) wyszarpnąć, wydobyć, odsłonić i oddać, by możliwe stało się od niego odbicie, rozpoznanie, ułożenie, może zrozumienie? Samostanowienie w ilustrowanym akcie narracyjnym? To jest myśl.

Tylko czarno-białe komiksy zyskują prawo do miana sztuki. Historia dziewczynki ze Stalowej Woli narysowana w dobranockowym stylu, kolorowa jak Music Box, czy może być więcej niż ciekawostką, tematem do pogaduszek przy kawie/ herbacie, w tramwaju/autobusie, w kolejce do ubikacji piątkowym wieczorem w miejscu publicznym? Może. Bo ten oczopląs (trochę niezamierzony efekt działania wydawcy, „Marzi” w oryginale była bledsza) działa na przekór przyzwyczajeniom i jak najlepsze ze smutnych brytyjskie wesołe piosenki ucieka przed patosem kanonicznego ciężaru kreskówkowym sznytem niepowagi. Chwyt zastosowany przez Savoia uderza w ulubiony polski koturn i jednym celnym wykopem wywraca do góry nogami tutejsze myślenie o historii. To dobrze, bo nicuje fantazmaty, i źle, bo jacyś zwyczajni na tych kadrach jesteśmy, jacyś nieładni czasami i jacyś – obcy. Bo czyż możliwe, by tak karykaturalne uproszczenie mogło być świadectwem polskiej religijności, towarem eksportowym, przez który jak przez pryzmat będą patrzeć na nas cudze oczy, oczy, które raz nabrane już nie będą chciały zmienić ogniskowej, które nie zobaczą nic poza upijającymi się mężczyznami i grubymi, dewocyjnie i nieprzyjaźnie do świata nastawionymi kobietami. Tak, kobietami, które nie potrafią kochać własnych dzieci. Relacja między Marzi a jej matką nie należy do tych, które można przedstawić jak te najmilsze oku i sercu, jak te wzorowe, jak te z kolan, jak z łona, jak te miękkie i ciepłe. Między Marzi a jej matką jest chłód, lód. Dziewczynka nie istnieje dla matki inaczej niż leniuch, dziwactwo, głuptactwo bez cienia szacunku dla Kościoła, w którym (wyłącznie w nim) można znaleźć pocieszenie.

To nieludzki portret religijności wykluczającej ludzką miłość. W opowieści Bóg skradł małej, samotnej dziewczynce z królikiem pod pachą matczyne serce, które z natury powinno być zarezerwowane dla dziecka – jedynego zresztą dziecka. Taka wizja matki-członkini narodu, który chełpi się kultem macierzyństwa, mrozi, mierzi i odstrasza. Miłość boża neguje miłość do dziecka. Horror rozpisany w tej historii domyka obraz Marzi schowanej w psiej budzie. Atos to wymarzony przyjaciel – wierny, spragniony towarzystwa, oddany. A najważniejsze, że mógłby bronić ją przed mamą (w polskiej wersji „mama” została zastąpiona „rodzicami”, co niedorzeczne, bo ojciec Marzi jest wymarzonym tatą-kaloryferem, ciepłym, uległym wobec despotycznej żony). A przecież w domu Marzi nie dzieje się nic nadzwyczajnego – nie dostaje lania, nie dorasta w przestępczym środowisku; jej rodzina jest przerażająco przeciętna. I ta potworna przeciętność ociosana z uczuć wydaje się najtrudniejsza. To jej nie daje rady przeskoczyć matka Marzi – siwa, zachmurzona i zwalista kobieta w olbrzymich kamizelkach. To w niej zatrzaskuje się jakby ze strachu przed indywidualnością. Głucha na potrzeby córki zamyka się w lodówce – zjada własną samotność? Własne kalectwo? Bo przecież niezdolność do przyjmowania i oddawania uczuć jest dysfunkcyjna. W czasach niedostatku jej tusza obnaża jeszcze krzykliwiej niż pohukiwania na dziewczynkę, że coś niedobrego stało się i dzieje się nadal… Marzi systematycznie walczy z jedzeniem – wmuszane, wpychane odrzuca, jakby tylko w ten niemy sposób mogła wyrazić sprzeciw wobec zasadom panującym w jej rodzinnym domu. Posiłki, które mają w założeniu łączyć rodzinę, tu są koszmarnym rytuałem rozdzielenia. Siłowanie się dużej kobiety i maleńkiej, chudziutkiej dziewczynki odbijają walkę o uznanie, szamotaninie dziecka za wszelką cenę domagającego się głosu. Nie ma szans go zdobyć. Nie je – może właśnie tyle może zrobić, by powiedzieć, że jest. Nie jest słyszana; patrzy i notuje na ciele i w pamięci, by kiedyś, po latach opowiedzieć obcemu jej kulturze, a jej samej bliskiemu człowiekowi, obrazek po obrazku, jak nie udało się wpasować w świat, który zmian nie uznawał, który zamknięty był na kontrę, na niekanoniczność. Nie bez powodu jedna z najkomiczniejszych historii, czyli zabawa w papieża, wydaje się jak wyjęta z kosmosu. Bo to przecież niemożliwe, by polskie dziecko nie rozumiało fenomenu Jana Pawła II (Marzi myślała, że tylko ona doprowadza matkę do łez, ale okazało się, że nie, że jest jeszcze papież, ale – ale już z całkiem innych powodów) i dokonywało swoistego świętokradztwa. Marzi stara się zrozumieć (!) Boga, ale kiepsko jej to idzie, bo tego nawet, rzeczywiście, najtęższe głowy nie mogą uczynić. Czeka na znak od Boga, na znak istnienia. Nie ma daru wiary. Musi przez ten brak stać się obcą dla matki, nie jest w stanie przez ten brak zrozumieć osamotnionej w modlitewnym roztopieniu matki. Zimno w tym córczyno-matycznym związku, żadna love story. Raczej story o pragnieniu miłości, które zderzone z cudzym pragnieniem wybija na margines i na tym marginesie zostawia na zawsze.

Sowa nie jest Satrapi. Sowa Satrapi być nie chce. Jedynym wspólnym mianownikiem dla obu autorek jest to, że są autorkami (wulgarny w typie wyróżnik, który Jerzemu Ilgowi kazał pytać Barbarę Skargę o kobiecość charakterologiczną i rozbudzać fale braw na sali ku uczczeniu zjawiska wyjątkowego, jakim jest kobieta-mistrz), że opowiadają o dzieciństwie, własnym dzieciństwie w czasach zarazy. Ale niewiele z tego wynika. Sama Sowa podkreśla, że zagrożenie, jakiemu podlegała, było nikłe w porównaniu z tym, jakiego doznała autorka „Persepolis”. Sowa jest autorką scenariusza „Marzi”, nie jest rysowniczką – nie odpowiada za pełen kształt tej powieści graficznej, której kolejne odcinki wydawnictwo Egmont niebawem wypuści na polski rynek. Sowa jest źródłem opowieści, którą formuje już ktoś inny. Savoia z tej magmy pamięci wyrysował szereg wspomnień. Jego oko obce, niezaznajomione, wydobyło coś; na co (może) swojskie oko by się przymknęło… Jego obce oko otworzyło się szeroko na matkę spotworniałą, która nie umiała zawrzeć przymierza z dzieckiem, nie pogodziła się z macierzyństwem i niosła je jak krzyż. Sowa wypowiada świat, którego nie ma. Może nawet część z jej wspomnień to wspomnienia wmówione, wchłonięte, przejęte od rodziców, znajomych i tak zasymilowane, tak inkorporowane, że z czasem przestały być rozróżnialne od tych własnych. Najcenniejsze jest ocalenie spojrzenia dziecka. Tej samej dziewczynki, która w kościele patrzy na zgromadzonych ludzi i dziwi się im i śmieszą ją, bo widać im dziury w nosie i złote zęby, gdy otwierają usta do modlitwy. Opowiedz mi teraz jasno o sobie, drogie dziecko. A ja cię narysuję, kreska po kresce, w żywych kolorach. Popatrz – jesteś.

Zobacz także:

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *