14

Moja szuflada, moje kredki

„Nie ma czegoś takiego, jak komiks kobiecy! Komiks to komiks!”. Tak, a napój to napój, ale spróbujmy dać kubek ciepłego mleka komuś, kto ma ochotę na szklankę zimnego piwa. Widać różnicę? Czuć? Albo tak: można powiedzieć „piwo i tyle”. Ale można też: „woda, chmiel, słód, browar, drożdże, keg, tanki….”. Każdy wybiera taki poziom poznania rzeczywistości, jaki mu wystarcza.

Komiks to komiks. Trudno dyskutować ze zdaniem prawdziwym z logicznego punktu widzenia. Sęk w tym, że zdania tego typu mówią o świecie wszystko albo… nic. Pozostając na gruncie logiki, można jak najpoważniej zapytać: czy równie uprawnione byłoby powiedzenie, że nie ma czegoś takiego, jak komiks japoński, bo komiks to komiks? Czy nie ma czegoś takiego, jak komiks amerykański, bo komiks to komiks? Podejrzewam, że większość osób, które jeżą się albo prychają pogardliwie, gdy tylko ktoś zwraca uwagę, że „autorki” to jednak trochę inna grupa niż „autorzy”, w tym miejscu zdecydowanie zaprzeczy. Chyba dla wszystkich, którzy przeczytali coś więcej niż zeszyt o przygodach myszki Miki, oczywiste jest, że komiks japoński to coś, co można opisywać i badać – ba! – co można studiować, o czym da się dyskutować całymi godzinami, czemu można poświęcić wystawę, sympozjum, festiwal…

Gdyby komiksów Yoshiyuki Sadamoto czy Masamune Shirow, pozbawionych tekstów pisanych kanji, nie dało się odróżnić od albumów jakiegokolwiek europejskiego autora, już samo to, że te pierwsze stworzone zostały przez Japończyków, pozwalałoby mówić o komiksie japońskim. Jeśli się mylę, bardzo proszę kogoś mądrzejszego o korektę mojego oglądu rzeczywistości. Póki ktoś taki nie zaczepi mnie na ulicy, dalej będę myśleć (i pisać), że wystarczy, by jakieś komiksy zostały narysowane przez kobiety, by móc mówić o komiksie kobiecym. Wystarczy, co nie znaczy, że trzeba na tym poprzestać. Można szukać innych cech wyróżniających te właśnie komiksy z komiksowego uniwersum. Można, nie – trzeba. Panowie i panie, którzy i które gwiżdżecie podczas panelowych dyskusji o rysujących dziewczynach, nie musicie w nich uczestniczyć, prawda? Jeśli z góry jesteście gotowi i gotowe przyznać, że owe poszukiwania nic ciekawego nie przyniosą, możecie się po prostu cieszyć tym, że na świecie są komiksy.

Aby móc wyodrębnić jakąś grupę czy kategorię, musimy mówić o różnicach i o inności w stosunku do przyjętego punktu odniesienia. Japończycy są różni od nie-Japończyków, kobiety są różne od mężczyzn. O ile jednak „japońskość” nie jest obarczona negatywnymi konotacjami (Japończycy nie są gorsi, są po prostu inni), o tyle „kobiecość” pociąga za sobą niemal automatyczne obniżenie notowań wszystkiego, co ma z nią związek. Kobiety to nie tylko „inni”, kobiety funkcjonują na prawach mniejszości, której przecież nie można pozwolić na wszystko. Chcecie mieszkać w naszym kraju? Świetnie, ale musicie mówić naszym językiem. Chcecie mówić swoim? A po co wam zamykanie się w gettcie? Teraz, w miejsce pierwszego pytania podstawmy to: „chcecie rysować komiksy?”. Reszta pozostaje bez zmian.

Kulturze do twarzy z różnorodnością, dlatego nie trzeba się jej bać. Są doświadczenia uniwersalne, ale są też doświadczenia specyficzne. Są doświadczenia, o których możemy się jedynie dowiedzieć od innych (próbując je zrozumieć), są i takie, które się współprzeżywa i których nie trzeba już nawet komentować . Nie wiem, dlaczego uświadomienie sobie, że te specyficzne doświadczenia istnieją, stanowi dla niektórych aż taki problem. Dlaczego mówienie o nich przez kobiety niektórzy traktują jak rzucenie rękawicy.

Pogardliwe określenie Jerzego Sosnowskiego – „literatura menstruacyjna”, które wiele lat temu zrobiło wielką karierę, w umysłach niektórych twórców komiksów i ich czytelników utrzymuje się do dziś. W drugim dniu festiwalu Komiksowa Warszawa, pod koniec dyskusji, w której brały udział m.in. Olga Wróbel, Sylwia Kaźmierczak, Agata Bara, z końca sali odezwał się Głos, który z satysfakcją i ironią owo określenie przypomniał wszystkim obecnym na sali. Rozległy się brawa. Ale myliłby się ten, kto myślałby, że publiczności jak jeden mąż (nomen omen) zgodziła się z Głosem, który kipiąc zadowoleniem z samego siebie pytał: „ale o czym my tu właściwie mówimy”. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że większość ten Głos po prostu wyklaskała. Głos zarzucał: „nie rozumiecie mojego pytania!”. Było jednak zupełnie przeciwnie – to Głos zupełnie nie rozumiał odpowiedzi… Może w ogóle nie chciał ich usłyszeć?

Źle się czuję, gdy mówiąc o sztuce muszę sięgać poziomu fizjologii, ale skoro nie da się tego uniknąć… cóż, tak, kobiety mają menstruację. Mężczyźni natomiast miewają erekcję. „No i?” – jak ma w zwyczaju pytać pewna zaprzyjaźniona ze mną ośmiolatka. Mogłabym w tym miejscu zacząć rozwodzić się nad „literaturą erekcyjną”, nie ukrywając, że sama nazwa ma dla mnie pejoratywny wydźwięk, ale to pewnie nie ma żadnego sensu, czyż nie? Komiksy to komiksy, a to, że w większości z nich obowiązują dwa podstawowe modele kobiecości: stare zrzędliwe baboki, często z siatami i w berecie (koniecznie z grubymi łydkami) oraz istoty o nadnaturalnie wydatnych biustach i pośladkach, które normalnie w przyrodzie nie występują, to zapewne przypadek, który kompletnie nic nie znaczy… Nie ma o czym mówić, nie ma się nad czym zastanawiać. Swoją drogą, w ramach ćwiczeń umysłowych, możemy zmienić perspektywę i zacząć mówić o komiksie męskim, żeby już nie straszyć nikogo wszechobecnym feminizmem.

Brnijmy dalej. Dziewczynę w ciąży i paczkę podpasek może narysować każda i każdy, owszem. Pozostaje jednak jeszcze kwestia, jak i po co to zrobi. Dla kogo? Przy jakiej okazji? Z jakich powodów? Pozostaje rozłożenie akcentów, punkt widzenia, ekspresja. Może facet może narysować komiks kobiecy, może facet może napisać świetny lesbijski scenariusz. Nie wykluczam. Możliwe, że takie dzieło zwyczajnie nie wpadło mi jeszcze w ręce. Przy niczym się nie upieram i oczekuję tylko jednego: niech nikt nie odmawia mi prawa do tych poszukiwań, do nazywania, porządkowania, a nawet szufladkowania zjawisk tak, jak mam na to ochotę. Mam dość odpowiadania na pytanie: „ale o co wam właściwie chodzi, panienki, czy nie jest tak, że komiks to po prostu komiks?”.

Zobacz także:

14 Comments

  1. a mnie jako kobiete boli rozróznianie komiksu kobiecego i męskiego. Po cholere mi takie dyskusje. Potem wychodzi na to, ze kobiety rysują tylko o swoich życiowych problemach, menstruacji i lesbijkach. Przez takie ciskanie się na lewo i prawo i krzyczenie „jestem kobieta rysującą” i teksty „facet nie narysuje komiksu o menstruacji” robią sie niepotrzebne szufladki, przez które, ja jako kobieta rysująca, czuję sie pokrzywdzona. I to nie przez facetów a kobiety właśnie.
    Przez takie zachowania jak usiłowanie udowodnienia tego, ze facet nie narusuje tego samego co kobieta otwiera sie drugi front – kobieta nie narysuje tego co facet. Potem mam wrażenie, ze przedstawiając sie komuś jako rysowniczka komiksów, ta druga strona od razu pomyśli o mnie jako autorce komiksów o podpaskach.
    Przez co? Przec to pitu pitu o różnicach w komiksie.
    A ja chcę rysować walki robotów i raptorów, broń i samochody, przemoc i krew a nie rozprawy o trudnościach życiowych. Ale może właśnie przez takie dyskusje jak ta, mi tego zabronią.
    No bo przecież, musze rysować kobiecy komiks.

  2. Elżbieto, przepraszam. Jeśli narysujesz komiks sensacyjny, to on będzie sensacyjny, czy kobiecy? Bardziej kobiecy, czy bardziej sensacyjny?

    Czy X-Men jest hawajski, bo rysował go Portacio? Czy raczej superbohaterski?

    Nie odmawiam potrzeby terminu „komiks kobiecy” ale należy zdefiniować, co on ma oznaczać. Bo jeśli tylko płeć twórcy, to ja proklamuję Komiks Konstanciński, Komiks Trzydziestoparoletni i Komiks Licencjatów. Można tak w nieskończoność – Komiks Pielęgniarski na ten przykład.

    Chyba, że nie chodzi o płeć twórcy, ale jednak o jakieś inne, ważniejsze dla samego utworu wartości merytoryczne. Może warto zamiast od jałowej dyskusji czy Komiks Kobiecy w ogóle istnieje zacząć od pokuszenia się na wyjaśnienie tego terminu.

    Czy mleko jest spizlowane? że tu sięgnę do Dicka. Nikt nie wie co to znaczy, więc nie będą potrafili na to pytanie odpowiedzieć.

    Wzywam do dyskusji nad znaczeniem terminu, nie nad jego potrzebą. Jak będzie wiadomo, o co chodzi, to będzie można dyskutować, czy to ma sens.

    :)

  3. Wtedy to będzie Komiks „Pisany w kuchni”. Jak napiszesz komiks przy lodówce to będzie komiks „Pisany przy lodówce”. Przy odrobinie szczęścia można się zoperować i będziesz miał komiks „Kobiecy”. Generalnie nie ma co generalizować, a schodzenie do poziomy fizjologii jest co najmniej… heh

  4. Kategoryzowanie komixu ze względu na płeć brzmi dla mnie nieco zbyt niepokojąco. A stwierdzenie, że kobiety o nadnaturalnnie dużych biustach nie istnieją? Cóż – istnieją, zapewniam Cię. Poza tym sądzę, że ludzie patrzą na świat nie przez pryzmat płci, a doświadczeń i to jest zdrowe. Zamykanie się w swoim małym światku pod tytułem: „Jestem Kobietą, Mam Okres i Lubię Oglądać Rysunki z Zakrwawionymi Tamponami Jeżeli Są Tylko Rysowane Przez Kobiety” podchodzi mi pod krótkowzroczność. To jak z rasizmem. Dzielisz komixy na kobiece i męskie, japońskie i amerykańskie. A podobno wszyscy są równi. Kiedy mężczyzna otwiera przed Tobą drzwi to wcale nie oznacza, że chce umiejszyć Twoją pozycje, a tylko, że jest uprzejmy. Ale jak chcesz, szukaj tej swojej dziury w całym skoro to Cię uszczęśliwia i sprawia, że czujesz się potrzebna.

  5. Dzień dobry! To ja – tajemniczy „Głos”.
    Na początek – sprostowanie:
    1. „Głos, który z satysfakcją i ironią owo określenie („literatura menstruacyjna”) przypomniał wszystkim obecnym na sali.”
    To nieprawda. Nie użyłem w ogóle tego określenia. Szczerze mówiąc o jego istnieniu dowiedziałem się z niniejszego felietonu. Taki ze mnie ignorant, że wcześniej nawet go nie znałem, przepraszam. I nie mówiłem z ironią ani satysfakcją. Nie wiem skąd taki wniosek.
    To Sylwia przywołała kwestię menstruacji, pytając Olgę, czy facet wiarygodnie opowie o menstruacji. Ja stwierdziłem, że opowie.
    Nie mówiłem z „ironią” ani z „satysfakcją”. Zadałem pytanie: „po co Wam dziewczyny taki podział na komiks i komiks kobiecy, po co się szufladkujecie – czy komiksy nie dzielą się po prostu na dobre i złe?”
    Na to dostałem odpowiedź: „chyba nas nie słuchałeś skoro zadajesz takie pytanie”. Plask w twarz i siedź cicho chłoptasiu, bo się nie znasz.
    A ja słuchałem. Bardzo uważnie. Tak uważnie, że nadal nie wiem, co to jest komiks kobiecy, bo same drogie Panie tego nie potraficie zdefiniować.
    2. „kipiąc zadowoleniem z samego siebie pytał: „ale o czym my tu właściwie mówimy”.
    Nie kipiałem z zadowolenia. Nie padły też z moich ust cytowane słowa. Jeśli w ogóle kipiałem to ze złości, że zamiast dostać odpowiedź na pytanie to dostałem po łapach za zadanie pytania. A złość we mnie się zbierała wcześniej, jak słyszałem frazesy o tym, że w komiksach to bohaterem głównie jest facet, a kobiety to tylko tło albo wielkie cycki dla faceta, że zdolne polskie autorki są stracone dla polskiego komiksu bo nikt ich nie wydaje w Polsce więc muszą się realizować za granicą, że komiks „męski” to się kojarzy z Batmanem itp., itd.
    3. Nie użyłem słów „nie rozumiecie mojego pytania” tylko „nie dostałem odpowiedzi na moje pytanie”.

    Trzy moje wypowiedzi, wszystkie przekręcone – dzięki wielkie! Może Elżbieto usłyszałaś co chciałaś usłyszeć, a może Ciebie tam nie było, tylko moje słowa zostały przekręcone w relacji innej osoby. Nieważne.

    A teraz kilka słów odnośnie do meritum.
    Wybrałem sobie kilka komiksów, które mogą świetnie posłużyć jako przykłady do dyskusji. Ja jestem prosty człowiek – jak mi ktoś pokaże na przykładzie, to łatwiej kumam.
    Więc przykłady: „Powrót Mrocznego Rycerza”, „Druuna”, „Lost Girls”, „Blankets”, „Zamieć”, „Martha Washington”, „Leviathan”. Które z tych komiksów to są komiksy kobiece, a które nie i dlaczego – jeśli mógłbym prosić o wyjaśnienie, byłoby mi niezmiernie miło.

    Z pozdrowieniami i ukłonami,
    Paweł Sawicki

  6. Pawle,

    1. W swoim tekście nie minęłam się z prawdą, pisząc, że przypomniałeś obecnym określenie „literatura menstruacyjna”. Aby o czymś przypomnieć, nie trzeba o tym powiedzieć wprost (przykład: „1 września 1939 Niemcy zaatakowali Westerplatte…” – przypomnienie II wojny światowej, chyba się ze mną zgodzisz). Określenie to nie padło z Twoich ust, to prawda (i nie napisałam, że było inaczej), ale nie dało się uniknąć skojarzeń, kiedy wytoczyłeś „koronny” argument przemawiający za tym, że mężczyzna o menstruacji może się wypowiadać równie sensownie jak kobiety.

    2., 3. Jeżeli cytując niedokładnie Twoje słowa, drastycznie zmieniłam sens Twoich wypowiedzi, przepraszam. Mimo wszystko, nie odnoszę takiego wrażenia. Podobnie jak wiele innych osób obecnych wtedy na sali, byłam zdziwiona Twoimi pytaniami, bo przez czterdzieści minut dziewczyny na scenie mówiły właśnie o tym, o co pytałeś. A że na ścianie nie została wyświetlona definicja „komiksu kobiecego”? Ano dlatego, że takiej definicji nie ma i nie wiem, szczerze mówiąc, czy kiedykolwiek zostanie wypracowana. Samo jej poszukiwanie dla niektórych bywa interesujące, dla innych – że nawiążę do do komentarza Sary – jest „szukaniem dziury w całym”, co także mogę zrozumieć.

    Przysłuchując się dyskusji podczas KW, nie wiedziałam jeszcze, że napiszę powyższy tekst. Gdybym szła na nią z takim zamiarem, zapewne włączyłabym dyktafon. Dla mnie byłeś właśnie Głosem, bo nie znamy się osobiście, nie widziałam nawet Twojej twarzy. Głosem – zwróć proszę uwagę – pisanym wielką literą, bo chcąc nie chcąc wyrażałeś opinię i wątpliwości bardzo wielu osób, zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Szanuję ten Głos i, jak napisałam przed chwilą, rozumiem. Nie rozumiem jedynie tego, dlaczego Głos na każdym kroku tak namiętnie przypiera do ściany te, które póki co proponują przede wszystkim pytania, nie mając w zanadrzu gotowych twierdzeń i odpowiedzi…

    To bardzo ciekawy pomysł, aby przyjrzeć się krytycznie konkretnym tytułom i na ich przykładzie poszukać definicji albo chociaż zestawu cech dystynktywnych komiksów kobiecych. Myślę, że Redakcja Comix Grrrlz całkiem poważnie mogłaby rozważyć stworzenie osobnego działu, który wyniki takiego oglądu mógłby prezentować. Porozmawiam z Naczelną;)

    Pozdrawiam także
    Elżbieta Sokołowska

  7. Droga el, w takim razie, jeżeli nie ma czegoś takiego jak definicja „komiksu kobiecego” na siłę wiele kobiet chce nam wmowić, ze coś takiego istnieje? Same się gubicie w tym, co głosicie.

  8. Droga Elżbieto,

    z dużym zainteresowaniem śledzę całą dyskusję o komiksie kobiecym i niekobiecym, konieczności podziałów i zbędnym szufladkowaniu, krwawych tamponach i prężących się penisach nastolatków, pobudzonych biuściastymi heroinami w lateksie, mając od samego początku nadzieję, że usłyszę wreszcie, a przynajmniej się do niej zbliżę, tę przeklętą i owianą tajemnicą DEFINICJĘ KOMIKSU KOBIECEGO. Za każdym razem, zarówno w komentarzach pod tekstem Przeglądu jak i tutaj, gdy tylko ktoś zadaje jasno i konkretnie właśnie to jedno pytanie, nigdy nie można się doczekać odpowiedzi. Paweł nawet stawia konkretne tytuły, aby pomóc Wam, drogie koleżanki po ołówku i piórku, sformułować wreszcie o co tak naprawdę chodzi. I po raz kolejny zaczyna się, przepraszam za wyrażenie, mydlenie. Nagle zdecydowane, wycelowane argumenty i zarzuty rozmywają się, stają się wyblakłe i niekonkretne, ton miły i uprzejmy, zwrócenie uwagi na wielką literę (która na pewno ucieszyła Pawła i pokazała mu Twój szacunek do jego słów) „nie zmieniłam znaczenia Twojej wypowiedzi” itp. „Nie otrzymałem odpowiedzi na pytanie” to naprawdę nie jest synonim „Nie rozumienie mojego pytania”. Naprawdę nie. Ale mniejsza z tym, Paweł bądź co bądź może i powinien o tych kwestiach rozmawiać z Tobą sam.
    Wróćmy do powodu, dla którego zdecydowałem się napisać. Czyli…

    Jak to nie istnieje definicja komiksu kobiecego?
    O czym więc w ogóle rozmawiamy?
    O co walczycie z podziałem?
    O czym mówiłyście przez te czterdzieści minut, podczas których rzekomo wszystkie kwestie zostały wyjaśnione?
    (Byłem tam i słuchałem całego panelu, a nadal nie wiem CZYM JEST KOMIKS KOBIECY.)
    Dlatego uprzejmie proszę o chociażby zgrubne nakierowanie dla mnie i innych zainteresowanych tematem, jak możemy rozumieć ten enigmatyczny termin, który jest dla Waszej braci tak ważny i podniosły, a my, mężczyźni i podlizujące się nam kobiety nie potrafimy nadal powiedzieć, o co w nim chodzi. Proszę o jak najbardziej przejrzystą, łopatologiczną i zwartą odpowiedź. Wtedy być może będzie sens prowadzenia tej dyskusji, która w swym obecnym stadium pożera własny ogon nie ujrzawszy choć zarysu łba.

    Pozdrawiam,
    Rafał Kołsut

  9. Krótko mówiąc, warto wpierw zdefiniować zagadnienie a później o nim dyskutować. Odwrotne działanie może być nieco karkołomne.

    Acz oczywiście medialna sprzedaż problemu jest kapitalna. Jeśli o tzw. komiksie kobiecym zaczną pisać równie obszerne teksty jak tamten z PRZEGLĄDU, to jestem za istnieniem takiego, nawet niezdefiniowanego zagadnienia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *