0

Metropolis S.C.U.

Tekst pierwotnie opublikowany w KZ nr 49

image003Gdy wydawnictwo DC wprowadzało na rynek serię Gotham Central nikt chyba nie przypuszczał, że będzie to jeden z lepszych sensacyjnych komiksów, jakie ukazały się na przestrzeni ostatniej dekady. Warto jednak cofnąć się nieco w przeszłość, do przełomu lat 1994/95, czyli czasu gdy powstała cztero-zeszytowa mini-seria Cindy Goff i Pete’a Krause’go – Metropolis S.C.U. (Special Crime Unit).

Produkt obojga twórców można by uznać za prekursora „Centrali”. Te dwa komiksy łączy wiele wspólnego. Mamy w nich posterunek policji w ogromnej metropolii, jest też obecny superbohater, który pomaga stróżom prawa w walce z przestępczością, w końcu jest również główna heroina – policjantka o twardym charakterze i z pewną „słabością”. Mało tego, Maggie Sawyer – bohaterka Metropolis S.C.U, pojawia się jako postać drugoplanowa w komiksie Rucki i Brubakera.

Scenarzystka Cindy Goff znana jest przede wszystkim z serii komiksów Tales from the Heart opowiadających o jej działalności w Korpusie Pokojowym w Republice Afryki Środkowej. Ma też na koncie prace poświęcone rdzennym mieszkańcom Ameryki Północnej – Dreams of Looking Up i A Hero’s Voice. Rysunki Petera Krause’go oglądać możemy między innymi w Birds of Prey, The Power of SHAZAM i Supermanie.

Sama fabuła Metropolis SCU jest naiwna i schematyczna. Świat nawiedza seria dziwnych pożarów, które swój początek mają w tytułowym mieście. Ogień pojawia się zawsze w rejonach o ogromnej produkcji zanieczyszczeń. Jednostka Specjalna policji w Metropolis, dowodzona przez Maggie Sawyer, zostaje wezwana do rozwiązania sprawy. Wydarzenia przybierają dramatyczny obrót już na samym początku. SCU zjawia się na miejscu pierwszego ataku próbując oczyścić teren i zebrać materiał dowodowy. Dochodzi do wybuchu pociągu. Wywiązuje się strzelanina, wskutek której ginie jedna z funkcjonariuszek Jednostki. Wkrótce jednak okazuje się, że w pociągu nie było żadnych napastników, a policjantka zginęła od przypadkowej kuli pochodzącej z wybuchu przewożonej w wagonie amunicji. W intrygę włącza się dziennikarka Lois Lane, która na łamach Daily Planet przedstawia ostatnie wydarzenia. Udaje jej się też wejść w układ z panią kapitan i przyłącza się do szeregów Jednostki Specjalnej. Z czasem policjantom udaje się trafić na ślad osoby powiązanej ze sprawcą pożarów. Głównym „złym” okazuje się być naukowiec chcący zniszczyć Ziemię, aby mogła narodzić się na nowo. Rozpoczyna się dramatyczna walka z czasem, bowiem szaleniec postanawia dokończyć dzieła zniszczenia wykorzystując satelity komunikacyjne. Do ratowania świata niezbędna będzie pomoc Supermana.

Wprowadzenie do historii odrobiny prywatnych problemów dotykających Maggie Sawyer urozmaica nieco warstwę fabularną. Ci, którzy znają lepiej postać pani kapitan wiedzą, że dzieli ona życie z kobietą. I to właśnie rozterki tej pary przewijają się w kolejnych zeszytach. Scenarzystce udało się w minimalnym stopniu pokazać wpływ wykonywanej pracy na kontakty z rodziną i najbliższymi. Relacja Sawyer z partnerką Tobie nie układa się najlepiej. Praca, w którą bohaterka angażuje się bez reszty, znajduje także odbicie w jej spotkaniach z byłym mężem i córką Jamie. Cała ta życiowa otoczka rozgrywa się jednak w cieniu sprawy z pożarami, a inni funkcjonariusze pojawiają się właściwie tylko w momentach, gdy SCU rusza na akcję. Na szczęście rola Człowieka ze Stali jest tutaj ograniczona, a więc Metropolis S.C.U. trudno uznać za komiks stricte superbohaterski.

Policyjna opowieść to wdzięczny materiał. Szkoda, że ten potencjał nie został w pełni przez Goff wykorzystany. Gdyby zamiast nawiedzonego naukowca chcącego zgładzić naszą planetę, patetycznych scen i dialogów, umieścić więcej scen z poza-posterunkowej egzystencji samych gliniarzy, Metropolis miałoby szansę osiągnąć status, jakim dziś cieszy się Gotham Central.

Seria zamknęła się w czterech częściach, a skoro jednostka SCU to nie tylko Sawyer, więc materiału na kilkanaście zeszytów na pewno by nie zabrakło. I tak oto zamiast całkiem niezłej obyczajowej serii o ludziach próbujących pogodzić (niebezpieczne) życie zawodowe z prywatnym, otrzymaliśmy jedynie przeciętniaka z genialnym łotrem na czele. Trudno jednak wątpić w przynajmniej minimalny wpływ wspólnej pracy Goff i Krause’go na późniejsze dokonanie Grega Rucki.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *