0

Suppli #4

image109aSuppli vol. 4 to kolejna już część cyklu o rozterkach młodej, zdolnej i pracującej niczym mrówcza robotnica w ogromnym wieżowcu – mrowisku, Fujii Minami. Przyznam szczerze, że sięgałam po komiks z obawą, i to z dwóch przyczyn – po pierwsze, twórcy rozbudowanych serii, jak każdy śmiertelnik, maja prawo do spadków formy, (maja prawo, co nie znaczy, że spadki formy się wybacza) i obawiałam się “zmęczenia materiału” w przypadku Mari Okazaki. Po drugie, chcąc czasem przekombinować i ulepszyć to, co uznane jest za dobre i przemyślane, autorzy zrzucają na nas “klęskę urodzaju”, gdzie zbyt wiele zmian w stosunku do wyrobionego stylu rysownika, odejście od przyjętego stylu narracji przynosi konsekwencje odwrotne w skutkach od tych przez twórcę planowanych.
Na szczęście, to, co w Suppli najlepsze i stanowiące o charakterze powieści graficznej, czyli kreskę i sposób narracji, układanego niczym literacki “strumień świadomości”, znany z Joyce’a i Kerouaca, a tutaj przykrojony na miarę i życzenie medium, jakim jest komiks, Okazaki zachowuje.

To, co ulega zmianie, to zejście ze sceny Ogiwary, głównego niszczyciela snu i spokoju Fujii, wysłanego w arcyważną delegację do Stanów, dla dobra firmy i miejmy nadzieje, samej Fujii. Koło niej od razu pojawia się znany nam z poprzedniej części Sahara Toru, kamerzysta, (i mój niekwestionowany faworyt!) który tworzy duet z Kodą. Wspominam tu Kodę, dlatego, że po raz pierwszy w Suppli pojawia się miażdżąca innowacja, – i w kontekście dotychczasowej ilości alternatywnych rozwiązań, jakie stosowała Mari, dla tego komiksu jest to niczym wynalezienie nowej szczepionki w medycynie lub odchudzającej czekolady w dietetyce – to już nie jest historia Fujii Minami i jej wiecznego zawieszenia na płaszczyźnie “mniej Ogiwary, więcej pracy, alkohol raz w tygodniu”. W czwartej części antynomicznie i nieśmiało, ale jednak coraz dosadniej, dobijają się do głosu poboczne wątki, żądając poświęcenia im większej niż dotychczas ilości słów i papieru. Linia, do tej pory samolubnie nazywana Fujii rozdziela się na cztery części (ona, Sahara, Koda, Yugi). Romans tych dwojga ostatnich, trudny, skomplikowany pracą, sytuacją rodzinną, nieszkodliwymi z pozoru poglądami na lekkie i nieszkodliwe życie, staje się progresywnie równie ważnym, co problemy Fujii zagadnieniem.
Kontrast miedzy tym, czego Fujii nie ma, a czego pragnie, i tym, co życie daje Yugi i jaki ona ma tego stosunek, powiększa perspektywę czytelnika na psychologiczny rozrys postaci, a nie tylko ich romansowo – hipsterską otoczkę. Dziewczyny pracują zupełnie inaczej, ale zawsze chcą być najlepsze, najbardziej kreatywne. Wiadomo, że z powodu dysonansu, jakim jest ekonomiczny i społeczny podział płci, nawet w tak wolnym i potencjalnie niezobowiązanym do niczego społeczeństwie jak Japonia kobieta ciągle musi sie wykazywać. Dlatego w tym komiksowym świecie (jak i w naszym) dziewczyny ciągle staja twarzą z twarz z problemami takimi jak zazdrość i niepewność. W życiu osobistym i zawodowym.

Jest w tym komiksie jedna naprawdę piękna scena, kiedy to mój ulubiony Sahara Toru opiekuje się Fujii, a w szczegółach to jej skręconą w kostce nogą. Nie chodzi tu tylko o fizyczne niedomaganie Fujii, ale przede wszystkim o jej kondycję psychiczna. Przyjaciele zazwyczaj są wtedy najlepsza pomocą. Sama ich obecność, a nie dobre i absurdalne rady. Toru czuwa przy niej całą noc i choć mruczy, że “cierpliwość to mają tylko komandosi” to chłopak dzielnie się spisuje. Istnienie tej postaci zapowiada jego przyszły support, i być może Fujii w końcu pokona wszystkie ograniczenia, nad którymi nie umie zapanować. Owszem, heroizm zależy od kontekstu. Jej problemy z punktu widzenia kosmosu to na szczęście supełki, a nie węzły gordyjskie. Czekam na S- piątkę, z nadzieją że też będzie na piątkę.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *