0

My New York Diary

image053Julie Doucet urodziła się w Montrealu, w ostatni dzień 1965 roku i dzięki temu zawsze była najmłodszą dziewczynką w klasie. W 1990 roku zaczęła rysować swój 12 częściowy komiks Dirty Plotte (uważany za maksymalnie feministyczny i poruszający drażliwe seksualne tematy), potem wiele jej prac i ilustracji wydano w antologii Long Time Relationship. Po opuszczeniu Nowego Jorku, z którym była przez jakiś czas związana, mieszkała w Seattle i Berlinie, a teraz znów jest w Montrealu, gdzie pracuje nad swoimi kolejnymi komiksowymi projektami. New York Times napisał o niej jako o szeroko podziwianej ikonie młodego środowiska komiksowego.

Komiks, podobnie jak literatura, jest medium czerpiącym ze wszystkiego, co rodzi się w ludzkim umyśle. Jest często siedliskiem wymyślonych uczuć i wykreowanych na potrzeby rysunku światów, ale mamy też odłam komiksów autobiograficznych lub świadomie nawiązujących do codziennego życia i jego kolorów, na tle pewnych wydarzeń czy określonej przestrzeni autor umiejscawia siebie jako axis mundi, a swoje przeżycia i przemyślenia stawia jako punkt wyjścia do budowania historii. W Polsce w tym klimacie tworzy miedzy innym Endo, Pola Dwurnik namalowała cykl o swoim życiu w Bazylei Living In Basel. W autobiograficznych komiksach dziewczyny często ilustrują swoja przeszłość – Persepolis Marjane Satrapi, lub sny i marzenia – jak Dame Darcy w Meatcake, albo własne przygody w świecie oglądanym szeroko otwartymi oczami – jak Julie Doucet w My New York Diary.

W tym ostatnim komiksie, Julie kreśli pomost miedzy Dirty Plotte a graficzną chronologizacją swojego 6 miesięcznego zaczepienia w Nowym Jorku. Komiks otwiera siedemnastoletnia Julie, świeżo upieczona absolwentka żeńskiej szkoły w Kanadzie. Nim spróbuje zaprzyjaźnić się z Nowym Jorkiem, miastem marzeń, zdąży stracić cnotę, poznać nudę i monotonię szkoły artystycznej i przeżyje samobójczą próbę swojego nudnego i patetycznego chłopaka. Od samego początku widzimy, że Doucet uczy się rzeczywistości w trudny sposób, i nie jest to ani amerykański sen pachnący brownies i popcornem, ani tani lukier amerykańskiej kultury masowej. Ale w NY Julie znajduje w końcu nowego chłopaka, i co ważniejsze, daje samej sobie drugą szansę w każdym możliwym aspekcie życia, czyli też w miłości. Mimo pozostawania w tendencji spadkowej (cierpi na ataki padaczki i z powodu chłopaka, który po jakimś czasie okazuje się nie tylko zaborczy, ale zaczyna mieć objawy choroby psychicznej) potrafi podejmować trudne decyzje, takie jak ucieczka od miłości i tego, co kochamy, ale co rani.Pełen bardzo intymnych i głęboko prywatnych odniesień do życia autorki komiks przynosi głębokie pokłady człowieczeństwa i wyczucia radosnych chwil, nawet kiedy z kamienną twarzą borykasz się z problemami osobowości nie wpasowującej się w warunki naturalne. Doucet szczerze pokazuje, że nie przeprasza, a surowość jej życia, z byciem raz na wozie, raz pod wozem, daje jej tylko kopniaka energetycznego, jak po zjedzeniu 3 snickersów, i każe brać się w garść. Tak jak jej pobyt w Nowym Jorku, jej biało-czarne rysunki są złożone, z mnóstwem detali, począwszy od kubeczka z czaszką i bukietu ołówków w słoiku na stoliczku, i zmieniają labirynt miasta i pokręcone dni Julie w uroczo opowiedzianą, porywającą historię rysowniczki zagubionej w eksploracjach jednego z najbardziej intrygujących miast świata.

Rysunek Julie Doucet jest jak esencja piosenki Leonarda Cohena z płyty Famous Blue Raincoat:
It’s four in the morning, the end of December
I’m writing you now just to see if you’re better
New York is cold, but I like where I’m living
There’s music on Clinton Street all through the evening

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *