0

Suppli #3

image067c„Sai no kawara” to wg buddyzmu japońskiego „rzeka cierpienia”, nad którą trafiają dzieci po śmierci. Za dnia budują one na brzegu rzeki pagody w intencji swoich rodzin, wg innej wersji po to, by wspiąć się do nieba. Wszystko, co dziecko zbuduje w ciągu dnia, nocą jest niszczone przez demony. Przestraszone dzieci pociesza bodhsitwa Jizo (opiekun dzieci i podróżnych) schodzi do piekieł, szczególnie nad brzeg rzeki cierpienia, która oddziela światy żyjących i umarłych, bierze dzieci za ręce i jak stary kapłan, pełen dobroci i współczucia, przemawia do nich łagodnym głosem, bawiąc się z nimi w ogrodzie świątyni. Ze względu na to, że budowanie pagód jest bezcelową, wieczna pracą bez powodzenia, można etnologicznie przenieść ten termin na to, co w kręgu kultury europejskiej tłumaczy się jako „syzyfowa praca”.

Zaczynam recenzję trzeciej części mangi Mari Okazaki od tego kulturoznawczego wstępu, gdyż jest on kluczem do dalszej części przygoń Fujii Minami. W jednej z pierwszych scen Fuji siedzi w kucki, notabene, i buduje z kamyczków pagodę, mimo, ze dookoła unoszą się słowa „Sai no kawara”, co sugeruje niezbyt optymistyczny przebieg wypadków. Historia bardzo, bardzo się zapętla, co trudno jest objąć nawet w teatrze i filmie, a co dopiero w komiksie. Nie tylko w życiu zawodowym bohaterki, ale i osobistym. Obie drogi pozornie oddalone od siebie, biegną jednakowo nieprzejrzyście, i w obu wątki piętrzą się niby kamyczki we wspominanej już pagodzie, czy raczej jak ludzie – mrówki w biurowcu. Fujii Minami: w pionie produkcji, na 21 piętrze, z nr pracownika 99615, zwyczajnie zapracowuje się na śmierć, i w przeciwieństwie do kamyka, który nieopatrznie wysunięty rujnuje całą konstrukcję, Minami wie, że w molochu, w którym pracuje, nie jest niezastąpiona. Zadań, zespołów i ludzi czyhających na jej stanowisko nie brakuje. Wychodzi z pracy nad ranem, z rozmazanym makijażem, po całonocnym ślęczeniu nad kolejnymi projektami. Przy okazji tych ostatnich pojawiają się nowi bohaterowie płci męskiej, co sugeruje zapętlenie i tak już zasupłanego węzła gordyjskiego problemów i trosk Fujii, i nie tylko Fujii, bo jej dwie „wyluzowane” koleżanki niespecjalnie dają sobie radę z tym, co życie w zależności od kaprysu, przynosi i zabiera.

W fabule sporo zmian, natomiast graficznie Suppli nie odbiega ani poziomem, ani charakterystycznym, niemal secesyjnym, falującym stylem rysunków od tego, co znane jest już nam z twórczości Mari Okazaki. Nakładanie się na siebie obrazów z codzienności i projekcji z wyobraźni Fujii, która dużo więcej myśli niż mówi i druga cecha: idealizacja postaci, które niezależnie od płci i grupy społecznej, jaką reprezentują: wylansowana młodzież, bohemiarscy filmowcy, zblazowani yuppies, freelancerzy – wszyscy są prześliczni. Przyzwyczajeni do formy i przekazywania treści w Suppli nie będą zawiedzeni czy zaszokowani zmianami. U Okazaki ciągle króluje .

Styl Okazaki nie ułatwia sprawy w odbiorze zarówno historii, jak i specyficznego stylu graficznej narracji, mieszającej psychologiczny realizm z prywatnymi fantazjami, ale przyzwyczaić się do niego nie jest ekstremalnie trudno. Także i fakt, że bohaterowie nie przypominają postaci z kilkopanelowych komiksów drukowanych w codziennych gazetach, że reprezentują biznesowe Tokio, które do warszawskich realiów nie przystaje, nie znaczy ze komiks jest niezrozumiały dla polskiego czytelnika. Wręcz przeciwnie. Przede wszystkim dlatego, że Mari pokazuje uczucia kilku kobiet, każdej w innej pozycji zarówno w jej własnym wyimaginowanym świecie, jak i świecie ludzi którzy ją otaczają, jak tracą siły, jak i dlaczego je odzyskują, i jak radzą sobie w pracy w manufakturze rozrywki sprzedającej rzeczywistość, wcale nie w promocji. Frustracja Fujii nie czyni jej samolubną, mimo że pewne wydarzenia wskazywałyby na powolne przechodzenie w egocentryzm. Jak w psychologicznej powieści, Fujii szuka dystansu do życia. Podglądana z dystansu, wydaje się balansować na krawędzi oldskulowego pomylenia światów i infantylności, ale nie irytuje. Myślę, że Okazaki udało się stworzyć naprawdę ciekawą galerię ludzi, którzy są niczym na zdjęciach Noko Washiyamy, niby niewyraźni, uwiecznieni na kliszy polaroida, w dziwacznym oświetleniu, ale jednak można dostrzec ich ujmujący eskapizm, egzaltowanie budzące sympatię, chciałoby się być tam w komiksie razem z nimi. Okazaki dostaje dużego plusa także za to, że w jej historii kobiety nie staja się niewidzialne, gdy już wnikają w rządzący się rynkowymi zasadami korporacyjny establishment.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *