0

Himitsu no Hanazono

image009Himitsu no Hanazono, nie wymienia się zwykle jednym tchem razem z mangami należącymi do klasyki yuri takimi jak Pieta, Indigo Blue, czy Paros no Ken. Jest to wciąż pozycja mało znana i mocno niedoceniana. Chyba zaszkodził jej fakt, że jej autorka Fujii Mihona to typowa twórczyni mang dla dziewcząt, które, no cóż nie są powszechnie uważane (i często niesłusznie – tak jak w omawianym przypadku) za nadmiernie ambitne. Część osób wyszła więc automatycznie z założenia, że ta pozycja nie ma nic ciekawego do zaoferowania. Spotkałam się wręcz z zarzutami, że ta manga jest niczym innym jak kolejnym romantycznym, wyidealizowanym, przesłodzonym shoujo, z tą różnicą, że mamy w niej zaprezentowany związek lesbijski. Nie zaprzeczam, że przedstawiona tu historia może razić swoja naiwnością, niemniej jednak nie uważam jej wcale za banalne romansidło. Wartość nadaje jej nie tylko samo poruszenie tematyki yuri, ale także wbrew pozorom dobrze przemyślane bohaterki i oryginalne podejście do pewnych motywów i stereotypów obecnych w nurcie shoujo. Poniżej postaram się to udowodnić. Ale o czym jest właściwie samo Himitsu…?

W roli głównej bohaterki autorka obsadziła Misono Hiyama młodą, ale bardzo obiecującą biegaczkę długodystansową. Dziewczyna jest całkowicie oddana swojej pasji, jej życie zostało zdominowane przez sport. Wychowuje się sama, z macochą, która żywi niemal obsesję, na punkcie osiągnięć swojej pasierbicy. Wywiera na nią bardzo silną presję i właściwie nie liczy się ze zdrowiem adoptowanej córki. Problem zaczyna się, gdy Misono zaczyna mieć kłopoty zdrowotne i prowadzący ją lekarz dochodzi do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie danie zawodniczce dwóch tygodni odpoczynku. Misono, podczas tej przerwy, zaczyna zdawać sobie sprawę, że tak jak powiedział jej doktor „(…)jest świat inny od tego, który znasz (…)”. Kółko teatralne prosi ją o pomoc w przedstawieniu przygotowywanym na festiwal teatralny i próby do sztuki zaczynają ją wciągać coraz bardziej. Na domiar złego podczas treningu, jeszcze przed decyzją lekarza o udzieleniu jej zwolnienia poznała tajemniczego chłopaka Sakuyę, który wywarł na niej niesamowite wrażenie. Nie potrafi o nim zapomnieć i ciągle wraca myślami do momentu spotkania. Z rozmowy dowiedziała się, ze chłopiec reprezentuje liceum Katsuga, na wspomnianym już festiwalu teatralnym. To dodatkowy powód, by Misono zaczęła żałować, że jej rola w przygotowaniach do tego wydarzenia skończy się, gdy będzie musiała wrócić na bieżnię. A na dodatek Sakuya odwiedza ja podczas jej ostatniej próby i wręcza jej różę (Misono wciela się na scenie w postać Różanej Wróżki – stąd taki wybór kwiatu). Kiedy ten podarunek zauważa macocha dziewczyny wpada w furię. Niszczy kwiatek, a Misono po strasznej kłótni wybiega z domu i omal nie zostaje potracona przez samochód, którym jadą…niespodzianka Sakuya i jej starszy brat. Zaraz…jej? Jak się pewnie już zdążyliście domyśleć Sakuya wcale nie jest facetem! Ale przyczyny prowadzonej przez nią mistyfikacji poznamy później. Co mogę więcej dodać, oczywiście, że los jeszcze nie raz zetknie ze sobą nasze bohaterki. Oczywiście Misono zakocha się bez pamięci w Sakuyi, odkryje jej sekret i…będzie ją kochać dalej. Ale naturalnie na drodze temu uczuciu staną poważne przeszkody, a najgorsza z nich ma na imię Himeko i podaje się za dziewczynę naszej otoko-yaku. Więcej wam nie zdradzę, przeczytajcie sami – naprawdę warto.

Przede wszystkim tytuł ten bardzo wiele zawdzięcza kluczowej dla fabuły postaci Misono. Autorka na całe szczęście nie zaserwowała nam żadnej z odmian bohaterek typowych dla shoujo: do przesady słodkiej i roztrzepanej nastolatki, czy patologicznie wrażliwej introwertyczki. Misono jest dziewczyną bardzo dojrzałą jak na swój wiek, skupioną i wyciszoną. Żyje w swoistym kokonie, poświęcając wszystko dla kariery sportowej. Jej codzienność to właściwie nieustanne pasmo obowiązków. Nic dziwnego, że ma silny charakter, na bieżni trenowała przecież nie tylko swoje ciało. Jest przyzwyczajona do nieustannych wyrzeczeń i ograniczeń, które właściwie stały się już niejako częścią jej samej. Początkowo nie ma świadomości, że coś jej umyka, ginie bezpowrotnie w tym reżimie, jakiemu została podporządkowana. Mając kilkanaście lat nie pozwala sobie na żadne przyjemności, żyje pod nieustanna presją, w ciągłym napięciu i według surowych reguł. Bardzo ciekawe jest obserwowanie jak dziewczyna zaczyna powoli wydostawać się z tego kokonu, dostrzegać to, co do tej pory pozostawało poza jej zasięgiem. Nie zachodzi to natychmiastowo, jest to raczej rodzaj długotrwałego procesu. Przez te dwa tygodnie odpoczynku, jakie nakazał jej lekarz poznaje zupełnie inny sposób na życie, diametralnie różny, od tego, w którym do tej pory funkcjonowała. To staje się początkiem poszukiwania przez nią innej drogi, niż ta, którą do tej pory kroczyła. Taka konstrukcja psychologiczna tej postaci uprawdopodabnia także jej rozbudzoną nagle wielką miłość do Sakuyi. Emocje, które dotychczas pozostawały w Misono uśpione i o których istnieniu pewnie nawet nie miała pojęcia nagle ujawniają się i zaczynają rządzić jej życiem. Nic dziwnego, że nie potrafi nad nimi zapanować. Fakt, że spotkania z Sakuyą i wszelkie przejawy zainteresowania z jej strony przeżywa tak mocno, nie powinien dziwić czytelnika – są to dla niej pierwsze, tego typu doświadczenia. Stad pojawiają się w niej tak silne emocje. Misono zyskuje moją osobistą sympatię jeszcze z innego powodu. Nie ma jakichkolwiek problemów, z zaakceptowaniem, że zakochała się w innej dziewczynie. Choć będąca zaledwie nastolatką spokojnie przechodzi nad sytuacją do porządku dziennego Jako bardziej dojrzała, niż rówieśniczki umie bez specjalnego problemu pogodzić się z odkryciem na nowo własnej seksualności. Miłość jest dla niej równoznaczna z zaakceptowaniem obiektu swoich uczuć, bez różnicy czy należy do przeciwnej czy tej samej co ona płci. Czytelnik przekonuje się dosyć szybko, że nasza bohaterka to dojrzała młoda kobietka, która wie, czego chce i potrafi walczyć o swoją ukochaną. Misono nie waha się podejmować trudnych decyzji i egzekwować ich z konsekwencją kontrastującą z jej delikatnym wyglądem. Acha i nie dajcie się zwieść jej delikatnej buzi, wcale nie jest taka niewinna (przypominam, że ta manga to yuri, a czym się różni yuri od shoujo – ai to już każdy fan wie najlepiej)…

Równie ciekawą postacią jest Sakuya. Wprawdzie, mogę się założyć, że pod względem wizualnym była wzorowana na Haruce Tenoh, bo jest jej niemal idealną kopią, ale jeśli już czerpać inspirację, to od najlepszych, prawda? O tej otoko-yaku przez długi czas właściwie niewiele wiemy i ta nutka tajemniczości sprawia, że autorce udaje się utrzymać nas w niepewności: co też ona tak naprawdę czuje do Misono? A kiedy już rąbek tajemnicy zostaje uchylony wątpliwości nadal pozostają. Czy mała sportsmenka nie jest dla Sakuyi tylko przelotną przygodą, słodką odmianą po apodyktycznej Himeko? Czy ktoś, kogo życie opiera się na kłamstwie i pozorach w ogóle potrafi kochać?

Zazwyczaj na kartach mang shoujo oprócz starań bohaterki o zdobycie ukochanego, obserwujemy także jej zabiegi, by odnieść sukces w jakiejś dziedzinie, która, stanowi jej pasję (często trzymaną w tajemnicy). Możliwości jest sporo – tyle, co zainteresowań. Może to być sport, pisarstwo, poezja, malarstwo itp., itd. I naturalnie przeważnie (zwłaszcza w historiach jednotomowych, a taką przecież jest Himitsu) dziewczynie udaje się i zyskać miłość i zabłysnąć talentem, co zazwyczaj otwiera jej drzwi do dalszej kariery na określonej niwie. Natomiast Fujii Mihona dosyć przewrotnie odwróciła ten schemat, co dodaje jej dziełu oryginalności i tylko podnosi jego wartość. Co ma zrobić ktoś, kto znaczną część swojego życia poświecił jakiejś określonej idei, a stopniowo zaczyna odkrywać, że to, co uważał za swoje przeznaczenie wcale nie musi nim być. Czy zarzucić, to, co uważał za sens życia i co do tej pory bardzo mocno określało jego egzystencję? A może starać się wytrwać i przezwyciężyć ten kryzys? W końcu trudno przyznać się przed samym sobą, że tamte lata zostały stracone, w pogoni za czymś, co już przestało być nam bliskie. Przed tego rodzaju dylematem autorka stawia Misono. Dziewczyna nagle odkrywa, że bieganie, które do niedawna bezkrytycznie przyjmowała za swój najważniejszy cel niemal ją okalecza – skazuje na samotność, wyniszcza jej zdrowie. Jaką nasza bohaterka podejmie decyzję tego już nie zdradzę, sięgnijcie po mangę drodzy czytelnicy i przekonajcie się sami.

Analizując stronę wizualną tytułu najwłaściwsze wydaje się stwierdzenie: narysowane typowo, ale ładnie. Pani Fujii Mohona, reprezentuje pewien styl, który jest dosyć popularny wśród twórczyń shoujo (choćby Ariny Tanemury). Dziewczyny sprawiają bardzo dziecięce, delikatne wrażenie, mają wielkie oczy, trochę nieproporcjonalnie duże głowy, są bardzo chude, wręcz anorektyczne. Znacznie lepiej wyglądają faceci (i otoko-yaku). Jednak na ostatnich stronach znalazły się dwa rysunki bohaterek, które wydają się nieco starsze niż gdy oglądamy je w mandze i są po prostu prześliczne!!! (zwłaszcza Sakuya, w stroju nasuwającym skojarzenia z Basarą). Zdecydowanie zawyżają graficzną ocenę tomiku. Kolejnym plusem jest umiejętne oddanie emocji w scenach… hmm, nazwijmy to ogólnie romantycznych. Jedyna co zasługuje na minus, to sposób ubierania bohaterek (oprócz Sakuyi). Co z nim nie tak? Jak na mój gust autorka zakłada dziewczynom zdecydowanie zbyt słodkie i cukierkowe fatałaszki. Zwłaszcza razi to w scenie przyjęcia, czy na przedstawieniu, gdzie postacie wyglądają wprost jak wyjęte z kart baśni o Kopciuszku, czy braci Grimm. Nie znam się specjalnie na japońskiej modzie, ale nie wydaje mi się, żeby dziewczęta na eleganckim party nosiły się w taki sposób. W przypadku Misono lolitkowe wdzianka zupełnie nie pasują do jej charakteru, znacznie lepiej prezentowałaby się w podkoszulku i jeansach. Mam wrażenie, że dziewczyna w całej mandze prezentuje się najlepiej, gdy za strój służy jej jedynie …prześcieradło. Ale kwestię doboru garderoby można przeboleć i nie zakłóca jakoś poważnie przyjemności delektowania się całym tomikiem.

Na ten tytuł wypada zwrócić uwagę jeszcze z innego powodu. Moim zdaniem, gdyby ktoś wreszcie zdecydował się na wydawanie w Polsce yuri, to w pierwszym rzędzie powinien pomyśleć o tej właśnie mandze. Dlaczego? Nie jest to tak ewidentnie feministyczna i zdeklarowanie lesbijska pozycja jak Love My Life czy Indigo Blue, a przez to będzie pewnie bardziej strawna dla przeciętnego polskiego odbiorcy. W ogólnym zarysie jest zbliżona do typowego shoujo, z tym, że z dwiema dziewczynami w roli głównej i z bardziej niż w przeciętnym „szojcu” oryginalnym potraktowaniem wyświechtanych motywów. Mogłaby wobec tego wzbudzić zainteresowanie i fanów yuri i zwykłych wielbicieli mang dla dziewcząt.

Podsumowując, może i dziełko to nie zawiera w sobie takiej psychologicznej prawdy i trafnych obyczajowych obserwacji co mangi Yamaji Ebine czy Kiriko Nananan, ale mimo to nie uważam tej pozycji za gorszą niż prace wspomnianych autorek. Jest to po prostu komiks z trochę innej półki. Może bardziej odbiegający od prawdy codziennego życia, za to z ogromnym ładunkiem optymizmu, wiary w uniwersalna siłę miłości i przekonania, że każdy człowiek zasługuje na szczęście.

Zobacz także:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *